W zdrowym ciele, zdrowy duch

Autor: Redakcja
Data dodania: 3 listopada 2014
Kategoria:
W zdrowym ciele, zdrowy duch. Foto: freeimages.com
W zdrowym ciele, zdrowy duch. Foto: freeimages.com

Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie; Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, Kto cię stracił [...]”  - pisał nasz polsko-litewski wieszcz 180 lat temu i to już w pierwszym akapicie narodowej epopei. A wzorował się przecież na Janie Kochanowskim, który już w połowie XVI zaczął słynną fraszkę od słów: „Szlachetne zdrowie, Nikt się nie dowie Iako smakuiesz, Aż się zepsuiesz”.

Dziś nie mamy wątpliwości, że średniowieczny model dbania o zdrowie nie miał na nie zbyt pozytywnego wpływu, podobnie zresztą jak pozytywistyczny czy romantyczny. Przez większą część trwania naszej cywilizacji dociągnięcie do trzydziestki było wyczynem. Jeszcze w 1900 roku średnia długość życia w USA wynosiła około 47 lat, w Indiach w 1950 roku - 32 lata!

Przez pełne millenium - od V do XV wieku - ludzkie życie wydłużyło się zaledwie o 3 lata. Kolejne trzy wieki przyniosły jedynie 5 lat życia. Już w XIX wieku przyrost wyniósł 15 lat a w XX wieku - 30 lat. Czego to zasługa? Z jednej strony z pewnością medycyny. Szczepionki wyeliminowały większość chorób, które przez wieki regularnie przetaczały się przez Europę i świat, pozostawiając wyludnione miasta. Z drugiej zaś to wpływ czegoś, co bardzo szeroko i ogólnie możemy nazwać „zdrowym trybem życia”. Zauważmy, że właśnie w XX wieku za sprawą barona de Coubertina wskrzeszono olimpijskie idee. Ostatnie starożytne igrzyska odbyły się w 393 roku. Kolejne – półtora tysiąca lat później (Ateny, 1896)!

Dynamizmu procesu wydłużania ludzkiego życia nie zaburzyły nawet dwie wojny światowe, aczkolwiek socjalizm nie wyszedł Polakom na dobre. Co prawda sport zyskał na popularności, ale jakość służby zdrowia i surowe warunki życia pozostawiały sporo do życzenia. Długim życiem w przeszłości mogli się cieszyć jedynie bogacze. Dziś pieniądze owszem, pomagają, ale zdrowe życie można prowadzić stosunkowo tanim kosztem. A rynek „zdrowego trybu życia” jest świetnie prosperującym biznesem, choć sam w sobie nie jest jednorodny i gromadzi firmy z różnych segmentów.

EKSPLOZJA BIEGACZY

Foto: freeimages.com

Początek XXI wieku w Polsce objawił się radosną i nieposkromioną modą na bieganie. Kiedyś ludzie biegający wieczorami po parkach podnosili rękę w geście wzajemnego pozdrowienia. Dziś tego nie robią, bo musieliby machać jak wiatraki. Firmy produkujące i dystrybuujące sprzęt sportowy stanęły na wysokości zadania. Obie funkcje spełnia np. Decathlon, obecny w Polsce od 2001 roku. Liczba jego sklepów systematycznie rośnie, pod koniec tego roku ma być ich 40. Sklepy nie rozwijają się przez franczyzę, w całości należą do francuskiej firmy Oxylane. Placówki mają od 2 do 10 tys. m². Ponadto w Gliwicach znajduje się regionalne centrum magazynowe obsługujące prawie 50 sklepów w Polsce, w Czechach i Szwecji. Oxylane wypracowuje obroty rzędu 7,5 mld euro rocznie. Konkurencją dla Decathlona są GoSport i Intersport. Pierwszy, również francuski, mimo wcześniejszego wejścia na polski rynek, ma około 25 sklepów, głównie w dużych miastach i galeriach handlowych. Drugi prowadzi sprzedaż w 35 lokalizacjach, jednak dąży do zmniejszania ich powierzchni. Dzięki takiej „kompresji” płaci niższe czynsze w centrach handlowych. Co ciekawe, polski Intersport może się rozwijać przez franczyzę, ale na razie nie chce. Jak mówi prezes spółki, Artur Mikołajko: - Zgodnie z zapisami umowy licencyjnej możemy rozwijać sieć franczyzową w Polsce. Obecnie skupiamy się jednak na rozwoju sklepów własnych.

Rodzimą konkurencją jest Martes Sport - sieć wielkopowierzchniowych sklepów sportowych o powierzchni od 270 do 2200 m². Pierwszy sklep został otwarty w sierpniu 2005 roku w Czeladzi. W ofercie ma markowe artykuły sportowe do uprawiania najbardziej popularnych dyscyplin sportowych, produkuje też własne linie produktów ekonomicznych. Martes Sport to ciekawy przypadek firmy, która postanowiła rozwijać się w małych i średnich miastach, przez wiele lat kompletnie ignorując np. Warszawę. Dopiero niedawno w stolicy powstał salon tej firmy. Drugą ciekawostką jest niezwykle skuteczna strategia rozwoju. Nakreślona w 2010 roku zakładała sprzedaż w 100 sklepach do końca roku 2014. W tej chwili jest ich 90 i systematycznie powstają nowe. Jak mówi Szymon Rejchert, kierownik działu handlowego, sieć rozwija się bez udziału franczyzy, ale furtka do współpracy jest otwarta. Po franczyzę natomiast chętnie sięga firma OTCF, właściciel marki 4F.

W całej Polsce na tej zasadzie działają 43 sklepy i ponad 120 stoisk 4F. Co roku w sezonie letnim otwiera się także kilkanaście tymczasowych punktów sprzedaży - one również prowadzone są przez partnerów. We franczyzowym pakiecie 4F oferuje rozbudowany system szkoleń, dużą zaletą jest również tzw. franczyza depozytowa. Partner nie musi więc kupować towaru ani organizować na własny koszt wyprzedaży - produkty należą de facto do 4F. Firma twierdzi, że gwarantuje zarówno ciągłość dostaw, dostęp do najnowszych kolekcji jak i optymalizację sprzedaży oraz zapewnia obrót towarem na własny koszt. Franczyzobiorcy nie muszą więc mieć doświadczenia w branży a koszty uruchomienia stoiska czy sklepu nie są wysokie. To pierwsze można mieć inwestując 3-5 tys. zł, sklep to wydatek rzędu 100-200 tys. zł.

Foto: adidas

Mniejsi gracze muszą iść zupełnie inną drogą – ich siłą może i musi być specjalizacja. Sprzedawca w sieciówce musi trochę znać się na każdym sporcie i pomóc klientowi przy wszystkich półkach. Trudno wymagać od niego bycia ekspertem. Tych zaś można znaleźć w niedużych, wysoko wyspecjalizowanych sklepach. Na rynku dla biegaczy konkurują Sklepbiegowy.com i SklepBiegacza.pl. O ile sprzedawca w Decathlonie jest przygotowany na odpowiedź które buty są dobre dla stopy spinującej, a które pronującej, o tyle eksperci ze specjalistycznych sieci odpowiedzą praktycznie na każde pytanie i dobiorą buty i resztę ciuchów, łącznie z bielizną i osprzętem. Również oferta sklepów jest bardziej zróżnicowana, choć na ogół sporo droższa, niż w dużych sieciach. Często spotykaną cechą franczyzy jest to, że franczyzodawca nie wymaga doświadczenia w branży. W przypadku sklepów dla biegaczy i sportowych w ogóle jest odwrotnie. Już w pierwszych akapitach formularza rekrutacyjnego potencjalny franczyzobiorca musi odpowiedzieć jaki sport uprawia, od jak dawna i w jakim stopniu zaawansowania. Można wręcz powiedzieć, że Sklepbiegowy i Sklepbiegacza to firmy doradcze, przy okazji zajmujące się sprzedażą. Potwierdza to Wojciech Jeger ze Sklepubiegowego. Według jego obserwacji sprzedawca pełni przede wszystkim rolę doradcy a udana sprzedaż aż w 90% zależy od niego. - Klient wchodzący do sklepu nie rozgląda się za towarem, lecz pyta „Co mi państwo polecicie?” - mówi Wojciech Jeger.

Sklepbiegacza.pl ma obecnie 12 placówek, z czego 3 działają we franczyzie. Sklepbiegowy.com dysponuje 4 placówkami stacjonarnymi (2 własne i 2 franczyzowe) oraz siecią współpracujących ze sobą sklepów Olimp Group. W jej skład wchodzi łącznie 18 placówek w całej Polsce. Ważną rolę na polskim rynku sportowym pełni też Ski Team. Ma 6 sklepów stacjonarnych w dużych miastach (Gliwice, Katowice, Kraków, Poznań, Warszawa, Wrocław). Zimą skupia się na nartach i snowboardzie, latem na rowerach, nie pomijając też biegania i turystyki.

SklepBiegowy.com

Konkurencją dla specjalistycznych sklepów sportowych stają się… dyskonty. Mowa oczywiście o Lidlu, który zwietrzył dobry interes i cyklicznie organizuje promocje na ciuchy i podstawowy sprzęt do biegania, turystyki czy jazdy na rowerze. Co ciekawe, specjalistyczne sklepy z tego powodu nie narzekają. Obecnie bieganie jest naszym sportem narodowym. Uprawianie go deklaruje około 40% dorosłych rodaków, co daje mniej więcej 3 mln osób. Jak to się przekłada na pieniądze? Dokładnie nie wiadomo, biegacze nie są grupą jednorodną. Stara prawda mówi, że do klubów fitness nie warto zapisywać się na początku roku, gdy ruszają do nich tłumy klientów realizujących noworoczne postanowienia. Podobnie jest z biegaczami czy rowerzystami – ich liczba gwałtownie rośnie wiosną i latem, by spaść jesienią. Zimą trenują tylko najtwardsi. Stąd też problemy w oszacowaniu wartości rynku. Szacunkowe dane mówią o 1,5 mld zł i wzroście o 30-40% rocznie. Górny pułap to ponoć 3 mld złotych rocznie. Jest się o co bić, nawet jeśli to nieco zawyżone dane.

Według szacunków Pumy pół miliona biegaczy trenuje regularnie i systematycznie, wydając na swoją pasję około 0,5 do 1 mld zł rocznie, pozostałe 2,5 mln biegaczy generuje kolejne pół miliarda obrotu. Oprócz sieci na rynku funkcjonuje sporo małych, niezależnych sklepów, prowadzonych przez fanów biegania. Ciągle rośnie też liczba imprez biegowych, choć uwagę zaczynają przyciągać już nie biegi na 5, 10 km czy maratony, lecz katorżnicze ultramaratony.

Wracając jednak do tematu Lidla – profesjonalnym sprzedawcom nie przeszkadza rzucenie na rynek partii tanich butów czy ubrań sportowych. Dzięki temu grupa biegaczy wzrośnie, zaś ci, którzy zarażą się biegową pasją na kolejne zakupy przyjdą do „lepszych” sklepów. Ci, którzy nie będą chcieli kontynuować przygody z nabijaniem kolejnych kilometrów, zostaną odsiani.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że biegacze na swoją pasję są w stanie wydawać coraz większe kwoty. Z jednej strony potrzebują coraz większej liczby rzeczy – drugiej czy trzeciej pary butów na różne warunki, bielizny termicznej, lżejszych ubrań czy pulsometru z GPS-em (ostatnio hitem są skarpety kompresyjne - ca. 100 zł za parę). Z drugiej zaś są w stanie te pieniądze wydawać, bo zaoszczędzają je na przykład na wydatkach na lekarzy czy rozrywki bądź używki.

A co z salonami znanych sportowych marek? Co z Nike, Adidasem, Pumą, Reebokiem? Możemy znaleźć je w każdym większym centrum handlowym. Są to zarówno salony własne jak i franczyzowe. W znakomitej większości z nich nie można jednak liczyć na profesjonalne doradztwo. Sklepy te zaliczają się po prostu do segmentu modowego, produktom stricte sportowym poświęcając jedynie ekspozycję bądź jedną z półek.

JADĘ NA ROWERZE SŁUCHAJ DO BYLE GDZIE

Foto: Romet

Coraz więcej rodaków wskakuje również na rowerowe siodełka. Trudno się dziwić – z jednej strony jest to bardzo ekonomiczne rozwiązanie, z drugiej – prozdrowotne i ekologiczne. Na dodatek egalitarne – jeżdżą na nich emeryci, dzieci i młodzież, mężczyźni i kobiety, bezrobotni i biznesmeni. W dużych miastach są świetnym sposobem na ominięcie korków, w małych pozwalają uniezależnić się od szwankującej komunikacji. Same plusy. Przy okazji warto wspomnieć, że rowery w Polsce mają wspaniałą tradycję. Promowali je Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz, pewna znana chemiczka Skłodowska-Curie nawet w podróż ze świeżo zaślubionym mężem Piotrem wybrała się rowerem.

Ile jest wart polski rynek rowerów? Ponad miliard złotych rocznie. Według badań Instytutu Badawczego IPC na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Rowerowego większość tej sumy – około 900 mln zł wydajemy na rowery nowe, rynek używanych jest szacowany na 120 mln zł.

Jesteśmy też europejską potęgą w produkcji rowerów. 950 tysięcy sztuk rocznie stawia nas na czwartym miejscu na Starym Kontynencie. Więcej składają tylko Włosi, Niemcy i Holendrzy, zaś Francuzi praktycznie nam dorównują. To zresztą rynki bardzo dojrzałe – po samych Niemczech jeździ około 70 mln jednośladów a i tak nabywców znajduje tam 4 mln rowerów rocznie. Polska jest rynkiem rozwijającym się i dominują u nas rowery stare i tanie. Widok pana lub pani na leciwym składaku Wigry nikogo nie dziwi. Jedna trzecia kupowanych w Polsce rowerów kosztuje mniej niż 600 zł, a niewiele ponad 10% to jednoślady o wartości większej, niż 3 tys. zł. Nie znamy jeszcze podsumowania sezonu 2014, ale możliwe, że produkcja sięgnie poziomu 1,1-1,2 mln sztuk. To by oznaczało, że wyprzedziliśmy Holandię.

Według danych Polskiego Stowarzyszenia Rowerowego przez ostatnie 3 lata sprzedaż rowerów w Polsce systematycznie rośnie średnio o 7%. Polskie rowery również świetnie sprzedają się poza granicami naszego kraju, wartość eksportu w ciągu ostatnich 12 miesięcy wyniosła 63 mln euro. To pokazuje jak świetnie rozwija się nasz rynek i jak dobre są przed nim perspektywy. W roku 2012 w Polsce sprzedano więcej rowerów, niż samochodów. A ciągle jesteśmy w europejskim ogonie – średnia dla kontynentu to 46 rowerów na 100 mieszkańców. W Niemczech – 53, w Holandii prawie 80 a w Danii – to nie pomyłka – 96. U nas zaledwie około 30.

Za większość polskiej produkcji odpowiadają dwa podmioty: Romet i Kross. Romet ze znaną jeszcze z PRL-u marką o niezmiennie dobrych konotacjach nie ma wiele wspólnego, ale odważnie i skutecznie sięga po jej spuściznę. Ma prawa do produkcji rowerów pod historycznymi nazwami, jak Wigry, Huragan, Jubilat i wiele innych. Od kilku lat konsekwentnie rozwija swoje sieci handlowe: dealerską, własną oraz franczyzową. Obecnie sieć Romet Partner liczy ponad 170 punktów handlowych w Polsce a ich liczba ciągle rośnie. Jak mówi nam Tomasz Bryk, Kierownik Rozwoju Sieci Romet Partner, około 80% z nich prowadzi sprzedaż rowerów. Sieć rozszerza swoją ekspansję również na Europę, powstały nowe punkty franczyzowe w Czechach i na Słowacji. Warunkiem przystąpienia do projektu jest posiadanie lokalu handlowego o powierzchni min. 100 m² przy zachowaniu wyłączności asortymentowej. Korzyściami z przystąpienia do franczyzy Rometu są: niskie koszty wejścia do sieci (tylko 417 zł netto miesięcznie) oraz wyłączność terytorialna.

Foto: Romet

Z taśm Krossa co 50 sekund schodzi nowy rower. Jego wyroby są pozycjonowane wyżej niż produkty Rometu. - Na tle konkurencji marka KROSS może pochwalić się aż 16% wzrostem sprzedaży w Polsce. Co ciekawe, nasze produkty są o 30% droższe od średniej ceny krajowej, a mimo to popyt na nie rośnie. To namacalny dowód na to, że rynek rowerowy wzmacnia się, a klienci wybierają wysokiej jakości produkty zamiast tanich zamienników – twierdzi Arkadiusz Trzciński, Marketing Manager firmy Kross. Zarówno Romet, jak i Kross eksportują około 30-40% produkcji.

W Polsce jest około 3 tys. punktów sprzedaży rowerów. Rynek jest mocno rozdrobniony, dominują niewielkie serwisy i rozwijane od lat przez pasjonatów sklepy. Tu również, jak w przypadku sklepów dla biegaczy, wymagana jest specjalistyczna wiedza a biznes rozwija się sezonowo. Wiele sklepów wręcz zamyka się na okres zimowo-jesienny bądź zamienia się w sklepy i serwisy narciarsko-snowboardowe. Warto też zauważyć, że prowadzenie sklepu rowerowego wymaga sporych nakładów finansowych. 20-30 rowerów na stanie nie jest czymś wyjątkowym. Zakładając że ich średnia wartość to 2 – 2,5 tys. zł okazuje się, że mamy na stanie 75 tys. zł w samych rowerach, nie licząc części i akcesoriów. Te szacunki potwierdza oferta franczyzowa sieci Dobre Sklepy Rowerowe. To rynkowy potentat, rozwijający się od 15 lat. W tej chwili pod marką DSR działa około 130 sklepów partnerskich, kolejne kilkaset związane jest współpracą handlową. Sieć stawia na miasta powyżej 20 tys. mieszkańców i wymaga wkładu około 40 tys. zł na początek oraz gotowości do zainwestowania kolejnych 80 tys. zł.

Kolejnym podobieństwem do sklepów biegowych jest konkurencja marketów. Rowery własnej marki (i niezłej jakości) sprzedaje wspomniany już Decathlon. Co ciekawe przed kilku laty produkował je właśnie Kross. Dobre jakościowo produkty znanych firm znajdziemy również w ofercie Ski Teamu, a supermarkety wszelkiej maści wypełnione są rowerami przed laty pogardliwie nazwanymi „makrokeszami” lub „chińszczyzną”. Znane marki niechętnie podchodzą do głębokiej współpracy z marketami. Faktycznie – liczba sklepów choćby DSR czy niezależnych sklepów potwierdza tę regułę. Ale zarabia się nie tylko na rowerach. Osobny temat to części, akcesoria i ubrania. Co roku dokupuje je około 40% rowerzystów. Ciągle największym powodzeniem cieszy się oświetlenie – to wymóg przepisów oraz znak zwiększającej się świadomości cyklistów.

BASEN, SIŁOWNIA, FITNESS, JOGA, TANIEC...

Foto: freeimages.com

Outdoorowe aktywności Polaków przekładają się także na wzrost zainteresowania sportami uprawianymi „pod dachem”. Do regularnej aktywności (przynajmniej raz w tygodniu) przyznaje się 40% rodaków, przynajmniej tak wynika z Eurobarometru Komisji Europejskiej. Tu również nie jesteśmy europejską czołówką, bo w Skandynawii ten odsetek wynosi od 66% (Finlandia) do 70% (Szwecja). Trzeba jednak zauważyć, że jeszcze w 2010 roku wskaźnik ten oscylował u nas wokół marnych 25%. Obecnie najbardziej aktywni są mieszkańcy aglomeracji. Nie ma się co dziwić – mają największy wybór obiektów i zajęć. Największą popularnością cieszy się fitness, siłownia i basen.

Najbardziej aktywni są mieszkańcy Mazowsza – wyrabiają aż 1/3 ogólnopolskiej normy. Dolny Śląsk i Małopolska odpowiadają za 13-15% aktywności. Stosunkowo niewiele osób wybiera zajęcia z mniej obleganych dyscyplin. Z danych dystrybutorów kart sportowych wynika, że sztuki walki – choć medialnie popularne - ćwiczy mniej niż 5% ich posiadaczy. Podobnie jest z tańcem, squashem i innymi dyscyplinami. Choć w tym momencie musimy zastrzec, że opieramy się na danych z Eurobarometru, firmy doradczej Deloitte oraz dystrybutorów kart sportowych. Podczas przygotowywania tego raportu przeczytaliśmy wiele opracowań, sygnowanych przez różne instytucje. Znaleźliśmy w nich nawet dane dotyczące brydżystów. Rozpiętość odsetka regularnie uprawiających sport Polaków wahała się od 6 do prawie 70% - tak skrajne szacunki, nie znajdujące oparcia w rzeczywistości, odrzuciliśmy. Nie bierzemy też pod uwagę osób deklarujących trenowanie gier zespołowych. Co prawda we franczyzie rozwijają się np. szkółki piłkarskie (np. Socatots), ale są to koncepty z branży edukacyjnej, skierowane do dzieci.

Popularność klubów fitness w Europie nieustannie rośnie. W sumie z ich usług skorzystało w 2013 roku 46 mln osób (zapisanych członków), a ich liczba w roku 2025 może wzrosnąć do 80 mln. Cały europejski rynek fitness jest warty obecnie ponad 25 mld euro. Jak wynika z raportu „European Health & Fitness Market“ przygotowanego przez organizację EuropeActive we współpracy z firmą doradczą Deloitte, najszybciej rosnącymi rynkami fitness w Europie są Polska i Turcja. Wzrost klientów (na zasadach stałego członkostwa) w obu krajach wyniósł w ciągu roku (2012 vs 2013) ponad 20%. Dodatkowo stopień penetracji tychże usług w obu krajach jest wciąż niski – w 2013 roku wyniósł zaledwie 6,4% w Polsce i 2,2% w Turcji. Średnia europejska dla  analizowanych krajów to 8,5%.

Prężny rozwój klubów sportowych ma miejsce dzięki wpływowi trzech czynników:
• coraz powszechniejsza promocja zdrowia, ogólnoświatowy trend wzrostu popularności uprawiania sportu oraz wzrost świadomości troski o swoje zdrowie,
• dywersyfikacja branży w krajach rozwiniętych,
• rosnąca popularność fitness na mniej dojrzałych rynkach.

- Pod koniec ubiegłego roku do ponad 46 tys. europejskich klubów fitness należało w sumie 46 mln ludzi. Według danych Komisji Europejskiej w 2013 roku 11% mieszkańców krajów Unii Europejskiej było członkami klubów fitness, podczas gdy cztery lata wcześniej było to 9%. W Polsce w 2013 r. 6% społeczeństwa miało wykupione członkostwo w klubie, i jest to wzrost o 4% wobec roku 2009 – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte. Dla porównania w Szwecji było to 33%, w Czechach 12%, na Węgrzech 4%, a na Litwie 1%. W Polsce na koniec 2013 roku działało około 2,4 tys. klubów fitness (są jednak i inne dane - Paweł Grzywna, dyrektor Polskiego Związku Pracodawców Fitness szacuje łączną liczbę klubów w Polsce na 4 tysiące). Dla porównania, w dwukrotnie większych Niemczech było blisko 8 tys. klubów.

O dużym potencjale wzrostu świadczą też nastroje samych właścicieli działających w Polsce klubów. Według 20% z nich przychody z prowadzonej działalności wzrosną w tym roku o więcej niż 7,5%. Z kolei połowa respondentów spodziewa się, że wzrost ten wyniesie pomiędzy 2,5 a 7,5%. Obok Szwecji jest to najbardziej „optymistyczny” wynik wśród analizowanych krajów. Najbardziej pesymistyczni są z kolei właściciele klubów fitness z Hiszpanii. O tym, że cały europejski rynek ma jeszcze duży potencjał rozwoju najlepiej świadczy fakt, że w ubiegłym roku wzrost liczby osób zapisanych do klubów fitness odnotowano nawet na dwóch największych i najbardziej dojrzałych rynkach, tzn. w Wielkiej Brytanii i w Niemczech (odpowiednio o 4,5% i 8,6%). Pod koniec 2013 roku dwadzieścia największych klubów, które działają na europejskim rynku skupiało 7,8 mln członków. Duża w tym zasługa rosnącej liczby tanich klubów, takich jak Basic-Fit, Fit For Free czy Pure Gym, które kuszą niską ceną. Jednym z bardziej znaczących graczy jest też niemiecka sieć McFIT, która jest już obecna także w Polsce (niestety nie zamierza wprowadzać oferty franczyzowej - sprawdziliśmy). Jest ona absolutnym liderem w Europie pod względem liczby członków. Na koniec ubiegłego roku było ich 1,2 mln. Dla porównania następna w kolejności sieciówka może się pochwalić jedynie 800 tys. osób.

Foto: freeimages.com

- Sukces takich sieci jak McFIT to przede wszystkim zasługa niskiej ceny i godzin otwarcia klubu przez całą dobę. Należy się spodziewać, że ich popularność, ale też konkurencja w segmencie tańszych usług fitness, w tym także w Polsce, będzie nadal rosła – wyjaśnia Marcin Diakonowicz.

Jednak to nie McFIT prowadzi w zestawieniach biorących pod uwagę wysokość przychodów osiąganych przez sieci fitness. Pod tym względem palma pierwszeństwa należy do Virgin Active (firma działająca w ramach Grupy Richard Branson’s Virgin), której roczne przychody wyniosły w 2013 roku 532 mln euro. Sieć posiada kluby w Wielkiej Brytanii, we Włoszech, w Hiszpanii oraz w Portugalii. Na drugiej pozycji uplasowała się sieć David Lloyd Leisure (przychody rzędu 398 mln euro), a tuż za nią Health & Fitness Nordic (388 mln euro). W 2013 roku dziesięć największych firm z branży fitness w Europie wypracowało przychody w wysokości 2,8 mld euro. Biorąc pod uwagę trend wzrostowy rynku fitness oraz pozytywne prognozy, można się spodziewać, że łączne przychody dziesięciu największych sieci klubów w tym roku wzrosną do około 3 mld euro.

Widać więc, że się opłaci i że warto inwestować w siłownie i kluby fitness. Baseny, hale sportowe i podobne duże obiekty są oczywiście zbyt dużą i kosztowną inwestycją dla prywatnych inwestorów, możliwą do udźwignięcia jedynie przez jednostki budżetowe i samorządowe. Klub fitness to wydatek rzędu przynajmniej pół miliona złotych. Pod samym pojęciem klubu rozumiemy miejsce, w którym można poćwiczyć i na sprzęcie i w salce ze zorganizowaną grupą. Nie ma już sensu budowanie samej siłowni ani organizowanie tylko sal do zajęć.

Dobrym wyznacznikiem wzrostu zainteresowania Polaków zajęciami fitness są karty sportowe. Na rynku funkcjonuje kilka poważnych sieci je obsługujących: Benefit System, Multisport, OK System, Fit Profit etc. Są one dostępne dla klientów korporacyjnych – jedynie duża firma może wykupić pakiet kilkudziesięciu kart dla chętnych pracowników, obciążając ich całością bądź częścią kosztów. Tylko systemy Multisport i Benefit w ciągu ostatniego roku wydały po 60 tysięcy nowych kart.

Rynek żąda kompleksowej oferty, pewnego rodzaju aberracją są jedynie kluby do crossfitu. Jest ich w Polsce malutko – w tym momencie 15, lecz rośnie zarówno ich liczba, jak i grupa fanów. Co ciekawe – to dyscyplina typowo franczyzowa. Co prawda sam klub (czyli „box”) powinien być raczej surowy, z obdrapanymi ścianami i najlepiej w klimacie postindustrialnym. Inwestycja to najwyżej 500 zł za metr kwadratowy a metrów potrzeba około 500. Franczyzowy jest sam system ćwiczeń. Żeby klub mógł używać nazwy crossfit, musi otrzymać afiliację zarejestrowanej w USA federacji a to koszt 3 000 $ rocznie). W Stanach działa około 6 tys. klubów, w całej Europie łącznie 1 tys. Z powodu stosunkowo niskich kosztów i rosnącej mody na crossfit, może być to doskonała droga do prowadzenia własnego biznesu w branży fitness. Crossfit to modna, ale jednak nisza. Z założenia nie będzie tak masowa jak „normalne” kluby. A te rosną jak na drożdżach.

Największą siecią klubów fitness w Polsce szczyci się Pure Jatomi. Obecnie ma ich 35 (z czego aż 7 w Warszawie) i wciąż otwiera nowe. Pozostałe zlokalizowane są w Czechach, Rumunii, Turcji, Indonezji i Malezji. Konsekwentnie rozwija się bez udziału franczyzy. Należy do grupy sieci, które nie chcą lub nie potrzebują tego modelu biznesu. To potężne konsorcja, inwestujące setki milionów w paneuropejskie inwestycje, dla których Polska jest ważnym, ale tylko jednym z kilku rynków. Wspomniany Pure Jatomi porusza się sprawdzoną drogą, w galeriach handlowych. Niezależnie od tego, czy w Polsce jest 2,5 tysiąca klubów fitness, czy 4 tysiące, to rynek ciągle jest chłonny i każdy znajdzie dla siebie miejsce. Bo właśnie „miejsce” jest tu kluczowe. Klienci chcą mieć klub blisko domu lub pracy – nikt nie będzie jechał w korkach na drugi koniec miasta tylko po to, by poćwiczyć w konkretnym miejscu, szczególnie gdy mówimy o regularnym treningu. W tym biznesie ważna jest więc lokalizacja. I to ona, wraz z zakresem świadczonych usług, poziomem obsługi i dodatkowymi atrakcjami świadczy o popularności danego miejsca i jego biznesowym powodzeniu. Właśnie takie podejście wykazują przedstawiciele dużych sieci – wystarczy popatrzeć na mapę, by sprawdzić, że nie chcą ze sobą konkurować a po prostu zapełniają białe plamy.

Polskę na celownik wzięła już kolejna sieć – CityFit. Kusi klientów atrakcyjnymi opłatami członkowskimi i brakiem konieczności podpisywania stałych umów. Działa już pierwszy klub w Rzeszowie, kolejne powstają w Wałbrzychu, Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. Trzeba przyznać, że cenowo może namieszać.

W Rzeszowie za karnet open w klubie otwartym 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu trzeba zapłacić tylko 60 zł (plus około 40 zł wpisowego). To poziom niedostępny dla większości sieci nawet w przypadku podpisania długoterminowej umowy. – Patrzyliśmy na potencjał rynkowy, który ma się potroić w ciągu najbliższych trzech lat. Wartość tego rynku z 1,5 miliarda złotych rocznie ma wzrosnąć do 4,5 miliarda złotych w 2017 roku. CityFit rozpoczął badania dotyczące tego jak ludzie korzystają z siłowni. Uważamy, że rynek jest rozdrobniony. Jest wiele małych siłowni, które oferują usługi niskiej jakości, a sporo kosztują. Są też siłownie sieciowe, które oferują usługi wysokiej jakości, ale te są już bardzo drogie. A na to nie stać wielu Polaków – tłumaczy Nicholas Moses, dyrektor zarządzający CityFit. W sumie brytyjski inwestor planuje uruchomić 50 takich obiektów swoje kluby lokując prawie wyłącznie w galeriach handlowych. Chce na to przeznaczyć 100 mln złotych – czyli każdy z nich kosztuje średnio 2 mln zł.

Foto: freeimages.com

Czy tak duże i bogate sieci są konkurencją dla lokalnych konceptów i pojedynczych klubów? Na razie nie. Polski rynek fitness jest bardzo rozdrobniony i dość trudny. Wiele osób jeszcze dziś pamięta spektakularną porażkę sieci klubów Gymnasion. Firmę założyli sportowcy, Jacek Wszoła, mistrz olimpijski w skoku wzwyż z Montrealu w 1976 r., Ireneusz Wesołowski, rekordzista Polski w skoku wzwyż stylem przerzutowym oraz przedsiębiorca, ówczesny kanclerz Business Centre Club - Stefan Tatarek. Do spółki dołączył także Mariusz Czerkawski, hokeista, gracz NHL. Mieli rozmach. Pierwszy klub przy Puławskiej w Warszawie miał 2,5 tys. m², siłownie, sale do aerobiku, korty do gry w squasha, ściankę do wspinaczki, solaria, gabinety masażu, sauny, łaźnie, barek ze zdrową kuchnią, a nawet przedszkole i fryzjera.

Klubów powstało kilkadziesiąt. Może było za wcześnie, może szefowie przeinwestowali, może stracili płynność – dziś to już mało istotne. Na rynku ostał się bodaj jeden klub w Trójmieście. Byli sportowcy chętnie zabierają się za prowadzenie prosportowych biznesów. Do tematu podszedł też Dariusz „Tiger” Michalczewski. Kiedyś zainwestował w kilka Tiger Pubów, potem zmienił front i postawił na fitness. W Trójmieście działają już 4 kluby Tiger Gym Fitness a sam Michalczewski wraz ze wspólnikami myśli o franczyzie. Jak na razie nie ma jeszcze gotowej oferty franczyzy, choć sama droga rozwoju wydaje się dobra. Również lokalnie rozwija się warszawska sieć Zdrofit. W tej chwili ma 9 lokalizacji w Warszawie i okolicach i planuje otwieranie kolejnych klubów, również w modelu franczyzowym. We franczyzie chcą się rozwijać m.in. Anytime Fitness, Gympoint.pl, Fit4less, Calypso i Holmes Place. Łączna szacunkowa wartość inwestycji w każdy klub Anytime Fitness (na razie są 2 w Warszawie) wynosi od 650 tys. zł do 1 mln zł, w tym około 100 tys. zł wstępnej opłaty franczyzowej. Kwota niezbędna do uruchomienia klubu sieć Fit4less to 750 tys. zł, z czego 200 tys. zł przeznaczone jest na pokrycie początkowych kosztów działalności. W założeniu cały koncept jest dość tani, bez luksusów. W Wielkiej Brytanii miesięczna opłata członkowska zaczyna się już od 20-25 funtów, co nawet jak na polskie warunki nie jest sumą wygórowaną. U nas Fit4less będzie sugerować cenę 79 – 99 zł. Miesięczne opłaty franczyzowe wynoszą łącznie 7% przychodu (opłata franczyzowa – 6%, marketingowa – 1%).

Pierwszy klub Fit4less ma powstać w Trójmieście w styczniu 2015 roku. Jak mówi nam przedstawicielka firmy, Sandra Bigoraj, najlepsze terminy na otwarcie tego rodzaju biznesu to wrzesień i styczeń – wtedy najwięcej klientów decyduje się na rozpoczęcie bądź kontynuację sportowej aktywności. Stąd też decyzja o noworocznej premierze pierwszego klubu.

Ciekawą alternatywą dla typowego fitnessu mogą być zajęcia tematyczne. Coraz prężniej działa Lejdis Studio – szkoła tańca dla pań. Spécialité de la maison tej sieci jest taniec na rurze, ale w ofercie jest też burleska, fit dance, sexy dance, oriental dance, taniec na szpilkach i zumba. Lejdis Studio powstało w Łodzi, ale szybko rozwija działalność w innych miastach, w tym roku zawitało również do stolicy. W tej chwili działa 8 placówek – 3 własne i 5 franczyzowych. Plusem sieci jest nie tylko atrakcyjność zajęć, ale i stosunkowo niskie koszty uruchomienia biznesu. Trzeba dysponować lokalem o powierzchni przynajmniej 130 m², 15 tys. zł na jego aranżację i 10 tys. zł na wykupienie licencji. Miesięczna opłata to 1 tys. zł a opłatę  marketingową (3 tys. zł) płaci się raz w roku.

Z optymizmem patrzy w przyszłość Szymon Bartoszek, szef systemu 27minut. To projekt fitnesowy, oparty na elektrostymulacji mięśni przy pomocy specjalistycznych maszyn. Na naszym rynku to całkowita nowość. 27minut ma na razie jeden klub w Warszawie, właśnie otwiera kolejny w Szczecinie. W ofercie ma również franczyzę, choć ta rozwija się opornie. Szymon Bartoszek mówi, że zapytań o ofertę jest sporo, ale potencjalnych inwestorów zniechęcają dość wysokie koszty. W sprzęt trzeba zainwestować minimum 20 tys. euro.

Branża fitness w Polsce się rozwija, rozwija się też franczyza. Na razie powoli, czego powodem jest rozdrobniony rynek. Nowo otwierane placówki rozważają franczyzę, ale trzeba pamiętać, że to spora inwestycja, wymagająca wiedzy i sportowego zacięcia. Franczyzodawca tę wiedzę ma, ale zainteresowania tematem przecież nie zaszczepi. Otwarcie klubu z crossfitem to jak już wspominaliśmy najwyżej 500 zł za m². W przypadku klubu fitness ta suma rośnie czterokrotnie – 2 tys. zł za metr jest normą. W przypadku prestiżowych lokalizacji jeszcze rośnie. Widać to po CityFit – firma inwestuje średnio 2 mln zł w jeden klub. To sporo, bo ceny w innych konceptach zaczynają się mniej więcej od 750 tysięcy, ale to jedynie wstępne szacunki – wszystko zależy od lokalizacji, stanu lokalu i biznesplanu. Widać jednak wyraźnie, że nowe, tanie koncepty bazują na prostocie – oferują tylko podstawowe usługi, bez np. sauny. Dzięki temu są tańsze w założeniu, eksploatacji i oferują klientom niższe ceny. Niewątpliwie jednak franczyza pomaga w prowadzeniu biznesu fitnesowego. Po pierwsze – sprzęt do ćwiczeń jest bardzo drogi, maszyny kosztują po kilka, kilkanaście tysięcy złotych za sztukę. Ich kupno za pośrednictwem sieci pozwala na oszczędność i lepszy serwis. Po drugie – rozwiązanie kwestii marketingowych, cen, promocji, spójna strategia. Im więcej klubów danej marki pojawia się na rynku, tym lepiej jest ona postrzegana. Trzeba bowiem pamiętać, że ten biznes w olbrzymiej mierze opiera się na poleceniach i marketingu szeptanym. Z drugiej strony wymaga olbrzymiej dbałości o jakość usług i obsługi. Sieć pozwala też na dostęp do know-how i nowości rynkowych.

W tym interesie ten, kto się zatrzyma – wypadnie z rynku. Świetnie widać to na przykładzie zumby – to zajęcia taneczne, cieszące się obecnie dużą i rosnącą popularnością. Jeśli okazały się hitem w jednym lokalu, można i warto wprowadzić je do pozostałych i wspólnie ustalić grafik zajęć najlepszych instruktorów.

ŻYWIENIE I CHUDNIĘCIE

Foto: Dr Bardadyn

Żeby dopełnić zdrowego trybu życia, nie wystarczy się ruszać. Trzeba też dostarczyć organizmowi odpowiedniego paliwa. Bieganie czy jazda na rowerze wyklucza wcinanie pszennych bułek z pasztetową, frytek i zapijanie colą. Nawet osoby dbające o zdrowie rzadko znają się na odpowiednich dietach albo nie mają czasu na ich realizowanie. Można im w tym pomóc na kilka sposobów. Jeden to dostarczanie gotowych posiłków do domu lub biura. Ta metoda doczekała się nawet swojej potocznej nazwy – osoby zamawiające diety twierdzą, że „jedzą pudełka”. W ten sposób rozwija się np. Na zdrowie Catering Dietetyczny. Zadaniem franczyzobiorcy (w tej chwili sieć ma ich trzech) jest prowadzenie punktu gastronomicznego i dostarczanie posiłków pod wskazany adres. Sieć Na zdrowie nie ma specyficznych wymagań co do franczyzobiorcy. Wystarczy dobra chęć, doświadczenie w gastronomii nie jest konieczne. Konieczna jest za to inwestycja w wysokości od 30 do 50 tys. zł i dysponowanie lokalem o powierzchni minimum 70 m². Trzeba zaznaczyć, że służy on przygotowywaniu posiłków a nie konsumpcji. Sieć działa w Warszawie i Trójmieście.

Kolejnym systemem dietetyczno-franczyzowym jest Dr Bardadyn. Jego nazwa wzięła się od nazwiska dr. Marka Bardadyna. To ekspert w dziedzinie odchudzania, odżywiania, medycyny anti-aging, fizjologii treningu sportowego i stosowania naturalnych środków leczniczych w profilaktyce i terapii schorzeń cywilizacyjnych. Firma również dostarcza dietetyczne jedzenie, ale franczyzę oferuje przede wszystkim w zakresie prowadzenia barów i restauracji. Można je otwierać jako lokale lub wyspy w centrach i galeriach handlowych lub przy ruchliwych ulicach. Koszt inwestycji uzależniony jest oczywiście od rodzaju lokalu. Urządzenia gastronomiczne kosztują około 25 tys. zł, reszta potrzebnych materiałów – przynajmniej kilka kolejnych tysięcy. Jak zapewnia Ola Urbańska z Dr Bardadyn, sieć nie pobiera opłat wstępnych i marketingowych, zadowalając się opłatą bieżącą w wysokości 5% obrotu netto. Nie trzeba ludzi karmić, można ich też edukować. Tą drogą idzie sieć Naturhouse. Pod jej marką działa obecnie 250 placówek, w których pracuje prawie 400 dietetyków. To działalność typowo franczyzowa – własnych placówek Naturhouse ma 5, pozostałe prowadzą franczyzobiorcy. Modeli współpracy jest kilka – placówkę można prowadzić nawet jednoosobowo, wszakże pod warunkiem posiadania odpowiedniego wykształcenia. Zawodowy dietetyk musi pracować w każdej placówce. Można być jednak jej właścicielem i zatrudnić odpowiedni personel. Koszt otwarcia punktu Naturhouse wynosi zwykle od 65 do 85 tys. zł a jedyna opłata – 2,4 tys. zł netto rocznie. Sporą siecią franczyzową dysponuje też Dobry Dietetyk – to około 200 jednostek prowadzonych przez partnerów. W wyposażenie gabinetu trzeba zainwestować od 6,5 do 8 tys. złotych. Podobne warunki współpracy oferuje sieć Mój Dietetyk.pl. Prowadząca ją Marta Marzec ma 14 własnych punktów oraz 7 franczyzowych. Zapewnia, że ofertę sieci wyróżnia wysoki poziom doradztwa, zarówno biznesowego, jak i merytorycznego. Koszt otwarcia gabinetu szacuje na 10 tys. złotych, opłata wstępna to 1 tys. zł, miesięczna – 700 zł (przez pierwsze pół roku zmniejszona do 400 zł) oraz 3% od obrotu po przekroczeniu przychodu w wysokości 8 tys. zł miesięcznie. Franczyza w tej sieci jest dostępna tylko dla profesjonalnych dietetyków.

A JAK JUŻ ZDROWIE SPORTOWCA ZAWIEDZIE…

… to musi udać się do lekarza. Ci co prawda rzadko pracują w modelu franczyzowym, jednak po leczeniu zalecają rehabilitację. I to jest branża, która będzie się rozwijać. Paradoksalnie powodem jest… sport. Z jednej strony sportowcy narażeni są na urazy, z drugiej zaś jego uprawianie wydłuża życie a osoby starsze potrzebują urządzeń i produktów do rehabilitacji. Tu na wysokości zadania staje franczyzowa sieć Bauerfeind. To niemiecki producent i dystrybutor specjalistycznego zaopatrzenia medycznego przeznaczonego dla osób aktywnych sportowo i nie tylko. W ofercie ma stabilizatory i ortezy, wkładki ortopedyczne i obuwie oraz zaopatrzenie przeciwżylakowe. Bauerfeind ma przedstawicielstwa w 38 krajach, działa też w Polsce. Minimalna inwestycja to 40 tys. złotych plus koszt przygotowania lokalu, firma pobiera jedynie opłatę marketingową w wysokości 800 zł miesięcznie.

Dołącz do newslettera

Pozostałe artykuły - Raporty

Data dodania: 24 sierpnia 2021
Nadeszły dobre czasy dla franczyzy
Data dodania: 9 sierpnia 2021
Sposoby gastronomii na przetrwanie kryzysu
Data dodania: 28 maja 2021
Franczyza - do usług
Data dodania: 25 marca 2021
Pośrednictwo finansowe wciąż daje zarobić

zobacz więcej

Data dodania: 22 października 2021
Sieć Al.Capone ma już ponad 80 sklepów w Polsce
Data dodania: 21 października 2021
Intermarché rozwija sieć otwierając kolejny sklep
Data dodania: 20 października 2021
Greenpoint stawia na mniejsze miasta
Data dodania: 19 października 2021
Jedzenie „z okienka” – biznes odporny na kryzys
Copyright © 2007-2021 ARSS. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Opieka nad stroną: Lembicz.pl
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram