Subiektywny przegląd gości - marki, które wyszły z Polski

Autor: Redakcja
Data dodania: 23 kwietnia 2014
Kategoria:
Subiektywny przegląd gości - marki, które wyszły z Polski. Foto: sxc.hu
Subiektywny przegląd gości - marki, które wyszły z Polski

Po zakupach w Rema 1000 szliśmy coś przegryźć do Taco Bella, tankowaliśmy na Neste, ubieraliśmy się w Jackpocie, rzeczy do domu kupowaliśmy w Brico Depot i Flo. Wiele marek nie poradziło sobie na polskim rynku. Dlaczego wypadły z gry?

Real zbudował w Europie Środkowej i Wschodniej potężną sieć handlową. W zasadzie po to, by po kilku latach stwierdzić, że woli jednak skupić się na swoim rodzimym, niemieckim rynku. Dobrze się złożyło, bo Francuzi z firmy Auchan doszli do wniosku, że ekspansja na wschód bardzo się opłaca. Zebrali więc 4,6 mld zł i za tę sumę pod koniec roku 2012 przejęli Real od Grupy Metro. Łącznie było to 91 hipermarketów i 13 galerii handlowych Real w Polsce, Ukrainie, Rosji i Rumunii. W ten sposób Auchan podwoił swój stan posiadania w regionie CEE. Największym problemem dla tej transakcji okazał się polski UOKiK. Rosyjski, rumuński i ukraiński urząd ds. konkurencji szybko wydały zgodę na przejęcie. Polski odpowiednik badał rynek, zależności i warunkową zgodę wydał dopiero pod koniec stycznia tego roku. Auchan musi jednak pozbyć się ośmiu sklepów. Jak to zrobi? Zobaczymy. Grupa Metro dalej prowadzi swoje interesy w Polsce, i to na dużą skalę. Należą do niej Makro Cash & Carry, Media Markt i Saturn. Zamiast utrzymywać sieć marketów, skupia się na rozwoju franczyzowej sieci Odido.

Subiektywny przegląd gości - marki, które wyszły z PolskiZ początkiem 2014 z polskiego rynku zniknęło 30 sklepów Jackpot i Cottonfield. Ich zamknięcie jest podyktowane sprzedażą obu marek, na razie będą one dostępne tylko w krajach skandynawskich. Jackpot i Cottonfield należały do duńskiej firmy IC Companys. W maju 2013 przeszły w ręce innej duńskiej firmy - COOP. Sprzedaje ona ekologiczne produkty spożywcze, planuje jednak wejście w branżę odzieżową. Nowy właściciel zlikwidował sklep internetowy i wszystkie placówki nie tylko w Polsce - sprzedaż została ograniczona tylko do krajów skandynawskich. U nas pracę straciło ok. 200 osób.

Charles i Agnes Vögele założyli w 1955 roku w Zurychu spółkę Charles Vögele GmbH. Pierwszy sklep miał 58 m² i sprzedawał odzież dla kierowców jednośladów. Agnes Vögele najpierw sama prowadziła cały biznes, później zaczął jej pomagać mąż, Charles Vögele, prywatnie kierowca rajdowy. Firma weszła do Polski w 2006 roku, w 2013 podjęła decyzję o stopniowym wycofywaniu się i z naszego kraju, i z Czech. Dlaczego? Przede wszystkim za mała sprzedaż w regionie CEE. Sprzedaż brutto sieci Charles Vögele w pierwszym półroczu 2013 roku spadła o 4% i wyniosła 555 milionów franków szwajcarskich. Niby niemało, ale firma regularnie przynosi straty w wysokości kilkudziesięciu milionów franków rocznie. Wpływ na to mogą mieć wynajmowane przez nią hektary powierzchni handlowej. Z 58 m² niewiele zostało – obecnie salony marki mają średnio od 700 do 1000 m². Charles Vögele i tak ma prawie 800 sklepów w Szwajcarii, Niemczech, Austrii, Słowenii, Holandii, Belgii, Liechtensteinie, na Węgrzech, w Polsce i Czechach. Firma oferuje odzież dla kobiet, mężczyzn i dzieci. Zatrudnia ponad 6,7 tys. pracowników. Obecnie zamierza skupić się na rynku szwajcarskim, na którym czuje się najlepiej.

Popularna nowojorska marka opuściła Polskę. W całym kraju było 14 salonów Nine West. W ciągu kilku miesięcy 2013 roku firma zamknęła wszystkie. Marka powstała w 1978 roku. Swoją nazwę zawdzięcza adresowi w Nowym Jorku, pod którym znajdowała się siedziba firmy: 9 West 57th Street. Nine West sprzedawało nie tylko buty, ale i torebki, bagaż, okulary, biżuterię, paski, nakrycia głowy, ubrania i akcesoria. Firma zasłynęła tym, że umiała przekuć pierwsze uliczne trendy w linie butów dla masowego konsumenta. Właściciel marki, firma Jones Apparel Group zdecydowała, że wycofuje się z Europy Wschodniej, w tym i Polski. Przyczyn tego ruchu nikt nie skomentował, ale dobrze prosperujących biznesów się nie zamyka...

W Polsce trudno sprzedawać nie tylko ekskluzywne buty, ale i te bardziej popularne. Boleśnie przekonała się o tym niemiecka sieć Gortz 17. W lakonicznym komunikacie poinformowała klientów, że „zamknięte z powodu, że nieczynne” i sklepów więcej nie będzie. Ostatni zwinął żagle pod koniec 2012 roku. Co ciekawe – Nine West i Gortz 17 to nie jedyne sieci obuwnicze, które wyprowadziły się z Polski. Jako powód często podają zbyt silną konkurencję polskich marek.

Jedzenie również rządzi się modami i wielu firmom nie udało się w nie dobrze trafić. Nie ten czas, nie to miejsce. Taco Bell często podawany jest jako przykład marki, która nie zdobyła serc Polaków. Faktycznie, mimo że lokale były połączone z KFC czy Pizza Hut, Taco Bell na ogół świecił pustkami. Można zaryzykować twierdzenie, że dziś byłoby inaczej – wraca moda na lżejsze, bardziej urozmaicone jedzenie. Może to czas na odświeżenie znajomości z Polską?

Taki krok udał się z Burger Kingowi. Pierwszy lokal w Polsce stanął w roku 1992 - wtedy, kiedy Mc Donald’s. Operatorem marki była firma International Fast Food Polska. W 2001 roku przejął ją AmRest, po czym… zamknął wszystkie Burger Kingi. W ich miejscach pootwierał nowe bary KFC. Nie da się też ukryć, że Burger King był nieco podniszczony wojną cenową z Mc Donaldsem. Sześć lat później Król triumfalnie powrócił na polski rynek. W niezłym stylu, nie skupia się już na pstrykaniu konkurencji w nos, lecz na rozwoju własnej marki.

Również Domino’s Pizza próbuje ponownie uwić sobie gniazdko nad Wisłą. Na początku 2011 roku, po 9 latach nieobecności powróciła do nas i mozolnie pracuje nad budową sieci. Pizzerii jest kilkanaście, do końca 2014 ma powstać 20 nowych. Nie jest tajemnicą, że biznes na razie nie jest rentowny i nie będzie go łatwo uczynić dochodowym. Tłumaczy to też dlaczego ciągle jest odwlekane uruchomienie oferty franczyzowej. Kilkanaście lat temu pizza na telefon była hitem. Dziś mamy wiele sieci, prześcigających się w jakości, cenach i szybkości dostawy. Na rynku gastronomicznym trudno chyba wyobrazić sobie bardziej konkurencyjny segment niż właśnie pizzerie.

Dunkin’ Donuts - szczęścia sieć ta nie miała. I trudno powiedzieć dlaczego. Może pączki od Bliklego są bliższe naszym sercom, niż pokryte lukrem dziurkowańce? Przyzwyczajeni do swojskich wypieków rodacy nie docenili kolorowych, lśniących donutów. Po kilku latach walki, w 2002 roku sieć skapitulowała i amerykańskie pączki możemy oglądać tylko na amerykańskich filmach.

Ciekawym przypadkiem jest Papa John’s. To jedna z największych na świecie sieci gastronomicznych. Plotki o jej wejściu na polski rynek pojawiały się dość regularnie. A finalnie sieć wyszła z Polski, zanim do niej weszła. Dosłownie - w 2008 roku w Rzeszowie ruszyła budowa pierwszego lokalu sieci. Ciągnęła się i nigdy nie zakończyła. Dziś mieści się tam ponoć punkt Warty. Plan otwarcia 40 punktów w 8 lat spalił na panewce.

Tabor zwinęła też szwedzka sieć kawiarni Wayne’s Coffee. Działa na całym świecie w modelu franczyzowym. Ze szwedzkich kryminałów wiemy, że Szwedzi kawę piją hektolitrami. Okazało się, że nie umieją jej sprzedawać. Polscy przedsiębiorcy utyskiwali na wysokie ceny i małą elastyczność sieci. Chyba mieli rację – inne koncepty kawiarniane, jak Coffee Heaven czy Starbuck’s mają się doskonale. Chociaż sprawa z amerykańskim potentatem nie jest jednoznaczna – sprzedaż jego kawy w Europie nie przynosi zysku i prawie nie rośnie.

Au revoir powiedziała nam sieć Marionnaud. Po sieci ekskluzywnych perfumerii pozostał tylko cień zapachu. Powstała we Francji w 1984, nad Wisłę przybyła w 2009. W ofercie Marionnaud są zapachy i kosmetyki 130 marek, sieć ma też własną linię kosmetyków. W Polsce działało 21 sklepów - wszystkie zniknęły z map tuż po ostatnich Świętach. Szwedzi to nie jedyni Skandynawowie, którzy sparzyli się na Polsce. Pamiętacie supermarkety Rema 1000? Rozpoczęły one działalność w 1992 roku, firma zakończyła działalność 12 lat później z liczbą ok. 70 marketów, w większości franczyzowych.

Handel i gastronomia nie są oczywiście jedynymi branżami, w których zagraniczne firmy sobie nie poradziły. Kiedy do Polski wchodził bank HSBC wydawało się, że wszystkie nasze instytucje finansowe mogą powoli zamykać biura. Tymczasem to brytyjski gigant musiał spuścić z tonu, przestał obsługiwać klientów indywidualnych i skupił się wyłącznie na instytucjonalnych.

Przykłady zagranicznych firm, które zgasiły światło i wróciły do siebie moglibyśmy jeszcze długo mnożyć. Jak to się jednak dzieje, że niektóre sieci radzą sobie doskonale, a inne walczą ze skutecznością wyrzuconej na piasek ryby? Wydaje się, że wiele firm nie zbadało dostatecznie rynku. „Przecież jesteśmy światową korporacją, mamy gotowe procedury, standardy działania i markę. Wejdziemy i mamy pół Polski dla siebie” - tak myślało chyba wielu menedżerów. Zbyt wielu. Każdy rynek jest inny, nawet w obrębie homogenicznego zdawałoby się regionu. Czechy, Słowację, Polskę i Węgry na mapie można przykryć dłonią, ale tzw. CEE składa się z milionów ludzi o kompletnie innych upodobaniach, tradycji, guście i smaku. A także zamożności i sile nabywczej.

Dołącz do newslettera

Pozostałe artykuły - O tym się mówi

zobacz więcej

Copyright © 2007-2021 ARSS. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Opieka nad stroną: Lembicz.pl
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram