Franczyza w Polsce

Autor:
DATA DODANIA: 12 wrzesień 2016
Zakaz handlu w niedziele – o co tu chodzi?

Foto: Pixabay

Rządzący chyba bardzo nie lubią franczyzy. Najpierw próbowali ją zabić podatkiem handlowym. Nie udało się, więc teraz do Sejmu trafił projekt zakazujący handlu w niedziele, obejmujący również firmy franczyzowe. 

Gwoli ścisłości – pół miliona podpisów pod projektem zebrał NSZZ „Solidarność”. Formalnie jest to więc projekt obywatelski. Niemniej jego zapisów trudno nie łączyć z polityką obecnego rządu. Nie sposób też nie zauważyć, że wywołały one burzę. Zgodnie z projektem ustawy w siódmy dzień tygodnia większość placówek handlowych musiałaby pozostać zamknięta. Lista wyjątków zapisana w projekcie jest dość krótka i precyzyjnie opisana. Zakaz nie dotyczyłby:

- stacji paliw;

- piekarnio-ciastkarni położonych przy zakładach produkcyjnych, do godziny 13.00;

- jednokondygnacyjnych kiosków o powierzchni do 50 m²;

- sklepów z pamiątkami i dewocjonaliami (o ile te produkty generują min. 30% przychodu miesięcznie);

- kwiaciarni (jeśli kwiaty to min. 30% obrotu a powierzchnia sklepu nie jest większa, niż 50 m²);

- sklepów w hotelach, szpitalach, ośrodkach kultury i turystycznych, na dworcach i lotniskach, o pow. maksymalnie 25 m²;

- aptek;

- i tu dochodzimy do najważniejszego: handel nie byłby zakazany „w placówkach  handlowych, gdzie handel prowadzony jest wyłącznie przez przedsiębiorcę będącego osobą  fizyczną wykonującą we własnym imieniu działalność gospodarczą z wyłączeniem przedsiębiorców wykonujących we własnym imieniu działalność gospodarczą w oparciu o umowę franczyzy lub umowę agencji”. Co ważne – właściciel sklepu musi handlować sam (mówiąc kolokwialnie: stać na kasie), ale wszystkie inne czynności związane z prowadzeniem sklepu mogą prowadzić pracownicy, którzy wyrażą na to zgodę.

Handel byłby dozwolony również w kilka niedziel w ciągu roku. Wątpliwości, śmiech i strach budzą jeszcze dwie sprawy. Zgodnie z projektem w niedziele miałyby być zamknięte sklepy internetowe. A kara za handel w niedziele to grzywna, ograniczenie wolności lub jej pozbawienie do lat dwóch. Skąd ten pomysł? Alfred Bujara, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Banków Handlu i Ubezpieczeń NSZZ "Solidarność" tłumaczy, że jeśli jakiś supermarket zdecyduje się wbrew zakazowi otworzyć w niedzielę, to kary finansowe go przed tym nie powstrzymają a ma to uczynić perspektywa więzienia. Dość kuriozalne tłumaczenie.

E-commerce działa zawsze…

Zapis o zamykaniu sklepów internetowych sprawił, że branża e-commerce podrapała się w głowę ze zdumienia. Jak rozumiem intencją pomysłodawców było to, żeby w niedziele nie pracowały takie sklepy jak Amazon, a raczej centra dystrybucyjne – ludzie pakujący paczki i wysyłający zamówienia. Tylko, że ten zapis jest jedną wielką bzdurą. W 99% polskich sklepów internetowych w niedzielę nikt nie siedzi a sprzedaż odbywa się automatycznie. W poniedziałek rano pakowane są towary zamówione w weekend. I tyle. Zresztą podmioty takie jak Amazon pomysłodawcy ujęli w punkcie dotyczącym zakazy pracy w niedziele w centrach dystrybucyjnych, logistycznych etc.

Co ciekawe – można mieć wątpliwości, czy na przykład Poczta nie powinna być traktowana jako centrum dystrybucyjne, jeśli ma podpisaną umowę ze sklepem internetowym. Jeśli tak – sortownie i ciężarówki pocztowe powinny w niedziele stanąć…

Po co w ogóle ten zakaz?

”Dla Boga i rodziny” – wyjaśnił krótko i dosadnie Piotr Duda, szef Solidarności. Okej, jakieś inne argumenty? Faktem jest, że w handlu pracuje mnóstwo osób, również w niedziele a to czas tradycyjnie zarezerwowany na odpoczynek. Podobnie jak sobota. Weekend jest po to, żeby odpocząć, pobyć z rodziną, zrelaksować się. Ma to sens. Na pewno zdarzają się pracodawcy nie respektujący praw pracowniczych, dobrych obyczajów, wykorzystujący pracowników. Tylko czy to ich powstrzyma?

Nie wiem, czy w twierdzeniu, iż niedziela jest dniem tradycyjnie wolnym nie posuwamy się do daleko idącej hipokryzji. Nie tak dawno musiałem wpaść do firmy w niedzielę, żeby zrobić jakiś drobiazg o którym zapomniałem. Wsiadłem w taksówkę, kierowca zapytał o adres, powiedziałem, że do firmy. – Panie, w niedzielę do pracy? Co to za robota, w dzień święty się nie pracuje! Podobnego zdania była pani ekspedientka w sklepiku na dole, gdzie kupiłem jakąś bułkę i kefir a ochrona w biurowcu patrzyła na mnie jak na wariata. Nie odważyłem się zadzwonić po pizzę, z obawy, że kolejna osoba pracująca w niedzielę będzie się dziwić, że ktoś też pracuje w niedzielę. 

Skutki ekonomiczne takiego rozwiązania według różnych opinii będą się dzielić na opłakane i tragiczne. Ile osób straci pracę? Od kilkudziesięciu do 100 tysięcy. I nie jest to nierealne. W handlu pracują 2 miliony Polaków, więc założenie, że 2,5 – 5% z nich nie będzie kontynuowało kariery w tej branży jest bardzo prawdopodobne. Prezes Carrefoura już zapowiedział, że jeśli zakaz wejdzie w życie, to firma oczywiście się mu podporządkuje, ale zwolni 1/7 pracowników. Przynajmniej szczerze.

Co o tym myślą przedsiębiorcy?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że handlowcy ostro protestują przeciw zamykaniu sklepów w niedziele. Jest to zrozumiałe – arytmetycznie rzecz ujmując obcina się im 1/7 przychodów. W rzeczywistości wiele sklepów w niedziele notuje dużo większe obroty, niż w pozostałe dni tygodnia, bowiem właśnie w weekendy znaczna część naszych rodaków rusza na zakupy, zarówno spożywcze, jak i odzieżowe. Również wtedy szturmują kina, centra rozrywki, restauracje. Nie bez przyczyny galerie handlowe oferują im kompleksową usługę polegającą na zagospodarowaniu ich czasu i opróżnieniu portfeli.

Z drugiej jednak strony pod projektem zakazującym handlu w niedziele podpisały się… sieci sklepów. Popierają go na przykład Polska Grupa Supermarketów (Top Market, Delica, Minuta8), GK Specjał (m.in. Delikatesy Sezam, Nasz Sklep), Związek Rzemiosła Polskiego,  PSS Społem czy Polska Izba Paliw Płynnych. Według nich projekt nie zakazuje handlu w niedzielę a jedynie go ogranicza. Zyski społeczne są ważniejsze, niż niedzielny utarg. Takiemu podejściu nie można odmówić słuszności, trudno jednak powiedzieć, czy te sieci nie zwolnią części pracowników.

Co myślą o tym Polacy?

W kwestii zakazu handlu w niedziele Polacy są tradycyjnie za a nawet przeciw. Z jednej strony 350 tysięcy podpisów pod projektem ustawy nie wzięło się znikąd. Zbierała je Solidarność, a więc związek zawodowy, z definicji mający dbać o prawa pracowników. Nie da się jednak ukryć, że Solidarność prowadzi własną, specyficzną politykę i w kwestii podpisów pod różnymi projektami może liczyć na swoich członków a także wsparcie organizacji i mediów kościelnych. Rodzi to pewne wątpliwości co do rzeczywistych przekonań osób podpisujących się pod projektem. Czy te – przynajmniej – 350 tysięcy osób rzeczywiście poświęca niedziele dla rodziny i pod żadnym pozorem nie robi zakupów w niedziele?

Kto na tym zyska?

W zasadzie jest jedna kategoria firm, które bezpośrednio, finansowo zyskają na tym, jeśli projekt zostanie przegłosowany i wejdzie w życie. To stacje benzynowe, na których będą mogły działać sklepy o powierzchni do 80 m² (lub do 150 m² przy autostradzie). Trudno się tu doszukiwać jakiejś teorii, że projekt powstał na ich zamówienie, choć faktem jest, że mocno faworyzuje na przykład Orlen, który ma w Polsce ponad 1750 stacji. Na drugim miejscu jest BP z 501 stacjami, 478 ma Grupa Lotos. Po piętach depczą im niezależni operatorzy, którzy mają aż 2 800 stacji. 

Wątpliwości prawne i franczyza

Według prof. Marka Chmaja  (radcy prawnego, specjalisty w zakresie prawa konstytucyjnego i administracyjnego) niezrozumiałe i dyskryminujące jest dopuszczenie możliwości handlu w niedziele i święta z wyłączeniem przedsiębiorców wykonujących we własnym imieniu działalność gospodarczą na podstawie umowy franczyzy lub umowy agencji. To po prostu niezgodne z zasadą równości podmiotów posiadających wspólną, wyróżniającą ich cechę. Ergo – jest to bezzasadne ograniczenie wolności gospodarczej, sprzeczne z Konstytucją. Jeśli mamy obok siebie dwa sklepy, z których jeden jest biznesem pana Nowaka a drugi pani Kowalskiej, to zakazywanie działalności jednej z tych osób dlatego, że ma podpisaną umowę franczyzy jest absurdem prawnym.

Po drugie – sprawdźmy dlaczego autorzy projektu ustawy chcą zamknąć w niedziele sklepy franczyzowe. W uzasadnieniu do dokumentu poświęcili temu jeden, krótki akapit: „Wiele przedsiębiorców informowało, że umowy zawarte z właścicielami galerii przewidują kary za zamykanie prowadzonych przez nich sklepów w niedziele. Nie dość, że praktyka ta narusza swobodę prowadzenia działalności gospodarczej, to dodatkowo ogranicza warstwę ideologiczną tych przedsiębiorców, którzy niedzielę chcieliby potraktować jako dzień wolny od  pracy  i  handlu.  Podobne  praktyki  dotyczą  przedsiębiorców  prowadzących  sklepy w oparciu u umowę franczyzy oraz umowę agencyjną, dlatego przedstawiciele obywatelskiej inicjatywy  ustawodawczej  uznali,  że  placówek tych również  powinno  dotyczyć wzmiankowane w ustawie ograniczenie handlu.” Cóż, nie zapominajmy, że przedsiębiorca podpisujący umowę franczyzy nie ma pistoletu przy skroni i godzi się dobrowolnie na jej zapisy. To po pierwsze. Po drugie – nie wystarczyłby zapis, że w umowach franczyzy nie można zawierać klauzuli o karach za nieotwieranie sklepu w niedzielę?

Zastanawiające jest to, dlaczego obecnym władzom i organizacjom je wspierającym tak bardzo zależy na walce z franczyzą. Pierwsze projekty tzw. podatku handlowego zakładały, że dodatkowe myto będą płacić również sieci sklepów franczyzowych. Protesty handlowców utrąciły te zakusy. Teraz NSZZ Solidarność po raz kolejny próbuje zrobić zamach na sieci franczyzowe. Skąd taka zaciekłość? Być może bierze się ona z niewiedzy. Spróbujmy więc wyjaśnić jak to działa. Sklep franczyzowy to na ogół mały biznes pojedynczego człowieka. Działa on na własny rachunek - to jego firma, to on płaci podatki, daje pracę i ona zarabia. Za możliwość działania pod silnym szyldem sieci płaci jej stosunkowo niewielkie pieniądze - w formie procenta od przychodu bądź określonej sumy. A często nie płaci w ogóle, bo wystarczy, że kupuje towar o dystrybutora, który również jest częścią sieci, systemu.

Z naszych badań wynika, iż w kraju działa obecnie trochę ponad pół tysiąca aktywnych systemów sieciowych. Około 150 z nich operuje w obszarze handlu. Idąc dalej - mniej więcej 3/4 wszystkich sieci franczyzowych w Polsce ma rodzime pochodzenie. To nie jest żaden mityczny zagraniczny, wraży kapitał. Nie są też nim franczyzobiorcy. Pomysł, by traktować ich inaczej, niż pozostałych handlowców jest więc kompletnie chybiony.

 

 

Artykuły które powinny Ci się spodobać

O tym się mówi
Bycie restauratorem to nie jest łatwy kawałek chleba.
Autor: / Lipiec 8, 2019
O tym się mówi
O tym się mówi
Autor: / Sierpień 26, 2019

A może te Cię zaciekawią

Aktualności
Aktualności
Aktualności

Prezentacje franczyz



Szkolenia

DLA FRANCZYZODAWCÓW

ZARZĄDZANIE SIECIĄ FRANCZYZOWĄ - 03.12.2019

ROZWÓJ FIRMY POPRZEZ FRANCZYZĘ - 26.11.2019

DLA KANDYDATÓW NA FRANCZYZOBIORCÓW

FRANCZYZA - SPOSÓB NA WŁASNY BIZNES - 19.11.2019

Jak kupić franczyzę

Jak zarządzać franczyzą