Franczyza w Polsce

Opublikowano: 22 luty 2016
Joanna Zarańska, twórczyni sieci szkół Early Stage.

Foto: Early Stage

Zakładając szkołę języka angielskiego nie myślała o wielkiej sieci. Dziś według jej konceptu uczą się dzieci w ponad 250 lokalizacjach na terenie całego kraju. Przekonuje, że aby zbudować stabilny biznes nie trzeba być rekinem biznesu. Ważne jest być specjalistą w swojej dziedzinie i mieć zapał do pracy, którego nie straciła przez ponad 20 lat – o tym jak budowała się sieć szkół EARLY STAGE opowiada jej twórczyni Joanna Zarańska.

Pomysł założenia szkoły języka angielskiego zrodził się w latach osiemdziesiątych, podczas Pani pobytu w Wielkiej Brytanii. Nie był to łatwy czas w Polsce. A jednak postanowiła Pani stworzyć własną szkołę. Brawura czy odwaga?

Brawura z pewnością nie. Odwaga była potrzebna, ale do strachliwych nie należę. Jestem marzycielką, ale jednocześnie realistką. Czyli snuję zwykle marzenia na swoją miarę. Wtedy trudniej o rozczarowania.

Skąd wzięła się nazwa szkoły?

Długo nad nią myślałam. Chciałam zawrzeć w niej jak najwięcej cech szkoły, którą tworzyłam. Pomogła w tym dwuznaczność słowa STAGE. To „etap” ale jednocześnie „scena”. W naszej szkole teatr zawsze odgrywał ważną rolę. Uznałam też, że słowo EARLY – „wczesny” bardzo pasuje bo chciałam uczyć dzieci. I tak stanęło na EARLY STAGE. Od tego czasu minęło sporo lat.

Nadal czerpie Pani z zagranicznych wzorców?

Świat wokół nas zmienił się nie do poznania. Jesteśmy w Europie, bez granic, Polacy poruszają się po całym globie. Angielski to „lingua franca” – znając go, wszędzie sobie poradzimy. Czerpiemy ze świata. Czasem z krajów o kulturze anglosaskiej, ale sięgamy też do innych kultur, bo nie można zamykać się na odmienność, która zawsze wzbogaca i rozwija.

Jaka była strategia uruchomienia szkoły? Czy w planach zakładała Pani rozwój sieci poprzez franczyzę?

Na początku nie myślałam o franczyzie. Zresztą nie była ona wtedy tak popularna. Długo prowadziłam szkołę sama, potem z córkami i ich bliskimi przyjaciółkami, które były utalentowanymi nauczycielkami z wielkim potencjałem. Każda z nich okazała się świetną menedżerką – od lat prowadzą własne filie Early Stage. Wszystko przyszło w sposób naturalny.
Kluczową rolę odegrała w pewnym momencie moja córka Antonina Bochińska, która najpierw przez wiele lat uczyła, a potem zajęła się razem ze mną i z całym zespołem najbardziej doświadczonych nauczycieli dopracowywaniem naszego know-how. Nie proponujemy dzisiaj naszym franczyzobiorcom niczego, co nie byłoby sprawdzone.

Skąd pozyskała Pani kapitał na start i ile trzeba było mieć wówczas pieniędzy, by otworzyć własną szkołę językową?

Trudno mówić o kapitale w sensie finansowym. Nadal, aby uruchomić filię szkoły wystarczy około 4 tys. zł. Kiedy zakładałam Early Stage moim kapitałem były przede wszystkim doświadczenie, jakie wyniosłam z pracy jako nauczyciel, a także ogromna ilość materiałów zbieranych przez lata podczas pobytów w Wielkiej Brytanii.

Wiadomo, że w biznesie nie zarabia się od razu. Po jakim czasie był zysk?

To nietypowa branża. Naszą szkołę może założyć tylko nauczyciel (dobry anglista) – taką mamy zasadę. I sam musi w swojej szkole uczyć. To oznacza, że szkoła jest rentowna od samego początku. Przy tworzeniu biznes planu doradzamy naszym franczyzobiorcom, jak organizować filię, aby do niej nie dopłacać.

Jak Pani wspomina początki działalności własnej firmy. Ilu uczniów przychodziło na pierwsze lekcje?

Miałam szczęście, że zanim zdecydowałam się na założenie własnej szkoły byłam już znanym ze skuteczności nauczycielem. To pomogło w starcie. Już w pierwszym roku miałam około 50 uczniów. To wystarczyło, aby móc się utrzymać.

Kiedy ponad 20 lat temu szkoła Early Stage pojawiła się na rynku, nie było takiej konkurencji jak teraz. Kiedy poczuła Pani przysłowiowy oddech na plecach?

Całkiem niedawno. Długo nie istniała specjalizacja wśród szkół językowych. Od kilku lat szkoły wprowadzają u siebie kursy skierowane do dzieci i musimy obserwować ich poczynania, aby nie czuć się zbyt pewnie. Jednak z doświadczenia wiem, z jak ogromnym wysiłkiem wiąże się budowanie szkoły. Jeszcze więcej pracy trzeba włożyć w tworzenie materiałów autorskich, nagrań oraz w budowanie silnego merytorycznie zespołu.
My tę drogę już przeszliśmy. Zbudowaliśmy bardzo silne podstawy, które pozwalają nam wciąż się rozwijać i uatrakcyjniać naszą ofertę. Wypracowaliśmy systemy, pozwalające nam reagować na zmiany zachodzące w edukacji oraz oczekiwania naszych klientów. Nie lubimy stagnacji, wciąż coś zmieniamy, udoskonalamy, wymyślamy – tak to jest jak pracuje się z kreatywnymi, otwartymi na świat ludźmi.

Po jakim okresie działalności następuje zwrot inwestycji w szkołę franczyzową? Ile na tym biznesie można zarobić?

Tak jak powiedziałam, inwestycje są na początku małe. Nie doradzamy wynajmowania własnego lokalu. Wystarczy wynajęta na godziny sala lekcyjna w szkole czy w ośrodku kultury. Płacimy za nią jeśli stworzymy grupę. Musimy zaopatrzyć się w materiały nauczania i w niezawodny sprzęt grający. Trochę kosztuje druk ulotek i reklamowy baner w pobliżu szkoły. To wszystko zamyka się w 3 - 4 tys. zł.

Czy franczyzobiorca działając na licencji Early Stage może oferować zajęcia w ramach innych konceptów – np. lekcje robotyki, matematyki czy innych języków obcych?

Jest to możliwe, ale nie mamy wiele takich przypadków. Nasi franczyzobiorcy to nauczyciele angielskiego, a nie ludzie biznesu. Na początku, aby dobrze wypromować swoją szkołę trzeba naprawdę się jej poświęcić, bo naszą najlepszą reklamą jest jakość zajęć. Łączenie tego z inną działalnością może okazać się trudne.

Co odróżnia Pani szkołę od konkurencji. Dlaczego właśnie miałabym wybrać Early Stage?

Nasi klienci to najczęściej osoby trafiające do nas z polecenia. Rodzice wiedzą, że nauka w Early Stage jest skuteczna i opowiadają o nas sobie. W edukacji trudno jest o sukces, jeśli klient nie widzi postępów i rozpalonego zapału do nauki u swojego dziecka. W Early Stage co roku mamy więcej uczniów. Kolejne filie powstają i rosną. Nowi franczyzobiorcy, zachęceni sukcesem istniejących filii, zakładają następne. To pytanie najlepiej zadać franczyzobiorcom. Ja powtarzam tylko to, co od nich słyszę.

W czym tkwi sukces sieci? Dlaczego Pani się udało, a inni zwijają interes po roku działalności?

Przede wszystkim w naszym programie i w materiałach, które stworzyliśmy. Nie bez znaczenia jest fakt, że sama jestem autorką dwóch kursów dla szkół podstawowych i kilkunastu innych książek do nauki angielskiego dla dzieci. Większość tych podręczników to nasze autorskie materiały. Są dokładnie dopasowane do intensywnego trybu nauczania w Early Stage.
Oczywiście sama nie byłabym w stanie zmierzyć się z reformami edukacji, które w ciągu ostatnich lat miały miejsce. Jestem w szkole otoczona świetnymi specjalistkami, z którymi wspólnie na bieżąco uzupełniamy braki, reagujemy na potrzeby uczniów i nauczycieli. Wiele naszych metodyczek to również utalentowane autorki. Poza tym, przykładamy dużą wagę do tego, komu dajemy franczyzę.

Chcemy, żeby nasze szkoły prowadzili nauczyciele, ludzie z pasją, kreatywni, otwarci. Nowi franczyzobiorcy, wstępując w nasze szeregi, stają się częścią naszej „rodziny Early Stage”. Słuchamy naszych współpracowników, liczymy się z ich opiniami i razem budujemy szkołę. Myślę, że franczyzobiorcy czują się u nas dobrze – dbamy o siebie nawzajem, szanujemy się, lubimy i wspieramy. Taka relacja procentuje.

Mam kapitał, ale nie jestem lektorem. Czy mogę zostać franczyzobiorcą Pani sieci?

Niestety nie. To zbyt duże ryzyko. Musiałaby Pani mieć wspólnika anglistę, a to też ryzykowne. Nie namawiamy do takich rozwiązań, choć oczywiście teoretycznie są one możliwe. Zna Pani jednak przysłowie o spółkach i jaskółkach.

Czy jest jakiś klucz, według którego wybiera Pani spośród kandydatów na franczyzobiorców?

Tym kluczem jest wykształcenie, doświadczenie i moja intuicja. Podstawą jest dobra znajomość języka i umiejętność pracy z dziećmi. Zawsze podczas rozmów z osobami zainteresowanymi franczyzą, uświadamiamy im jak ciężką pracą jest uruchamianie swojej szkoły pod banderą Early Stage. Mimo, że franczyzobiorca otrzymuje ogromne wsparcie nie tylko metodyczne, ale również biznesowe, to tylko od niego zależy, jak zorganizuje swoją szkołę i w jakim stopniu uda mu się przekonać klientów, że dokonali dobrego wyboru. Liczy się nie tylko dobry warsztat lektorski, ale również tak zwana inteligencja interpersonalna. Trzeba umieć wyważyć między asertywnością profesjonalisty a empatią nauczyciela, który powinien rozumieć i szanować potrzeby dziecka.

Czy Early Stage ma multifranczyzobiorców?

Jeśli ma Pani na myśli osoby, które prowadzą wiele filii, to tak.

Czy zdarzyło się Pani pomylić w swojej ocenie kandydata i rozwiązać umowę?

Tak, raz się zdarzyło. Wiem dlaczego. Zapłaciłam za próżność. Zachwyty nad moimi podręcznikami uśpiły intuicję, mówiącą mi, że to niewłaściwa osoba. Od tamtej pory bardziej liczę się z intuicją.

Ile na dzień dzisiejszy jest placówek własnych, a ile franczyzowych?

Własnych placówek mamy obecnie zaledwie kilka. Na terenie Polski uczymy w ponad 250 miejscach. Choć to dane zeszłoroczne.

Co jest powodem największych niepowodzeń oddziału franczyzowego? Ile szkół w historii sieci Pani zamknęła?

Dotychczas zaledwie kilkakrotnie zdarzyło się naszym franczyzobiorcom zamknąć szkołę, bo uznali, że źle ocenili miejsce, w którym zaczęli uczyć. Nasza oferta skierowana jest do ludzi, którzy w sposób  bardzo świadomy chcą uczyć dziecko i w tej nauce sami uczestniczyć. Kursy są intensywne, wymagają wysiłku od dziecka. Nie są też najtańsze na rynku, bo nasze lekcje trwają dłużej. Jeśli weźmiemy pod uwagę czas trwania zajęć, nasze ceny są zbliżone do konkurencji, ale nominalnie są wyższe. Nie wszyscy chcą się wdawać w takie analizy. Naszą ofertą są zainteresowani ludzie o określonym profilu – jak wiemy różne czynniki wpływają na to, że w jednych miejscach jest ich więcej, w innych mniej.

Stworzenie autorskiego programu to jedno, natomiast zarządzanie firmą to już inna sprawa. Pani świetnie potrafiła połączyć te dwa elementy. Gdzie szlifowała Pani zdolności menadżerskie?

Szkoła rozwijała się przez całe lata. Kiedy zarządzałam nią sama, nie była jeszcze taka duża. Gdy zaczęła rosnąć, dołączyła do mnie córka, która dzisiaj jest dyrektorem szkoły. To ona ma większe zdolności menedżerskie. Ma też lepsze ku temu wykształcenie i cechy osobowości. To może wydać się dziwne, ale jestem zdania, że menedżerem można się urodzić i wtedy łatwiej jest zarządzać ludźmi w oparciu o własną intuicję z dodatkiem merytorycznej wiedzy. Trudniej zarządzać jeśli nasza osobowość temu nie sprzyja. Moja jest zdecydowanie bardziej nauczycielska.

Doskonale czułam się zawsze w klasie. Moją pasją jest również pisanie, tworzenie materiałów i projektów.

Jest Pani bizneswoman, ale również żoną i matką. Czy był ktoś, kto pomagał Pani w obowiązkach domowych, w wychowywaniu dzieci, kiedy trzeba było poświęcić się pracy zawodowej?

Tak, zawsze był w domu ktoś, kto pomagał mi „ogarnąć” sprawy domowe. Zwłaszcza, że zakładając szkołę, byłam świeżo po rozwodzie. Wszystko było na mojej głowie. Ale uznałam i tak nadal myślę, że najważniejsza w relacji z dzieckiem jest jakość spędzanego razem czasu. Odbijałyśmy sobie z córkami czas rozłąki podczas długich letnich i zimowych wakacji.

Mówi się, że mitem jest iż kobieta może odnieść sukces we wszystkich sferach życia: na gruncie zawodowym i rodzinnym i jeszcze mieć czas na hobby. Zawsze coś/ktoś ucierpi. Jak Pani sądzi?

Może jestem szczęściarą, ale uważam się za osobę spełnioną we wszystkich wymienionych przez Panią sferach. Mam cudowną szkołę z wspaniałymi ludźmi, którzy ją tworzą, udaną rodzinę z wnukami. Mieszkam z mężem i 88 letnią mamą, którą się opiekujemy, a każdą wolną chwilę spędzam w ukochanych górach, wędrując po nich lub szusując na nartach. Oby tylko zdrowie dopisywało. Resztę potrafię zorganizować sama.

Przez kilka lat współpracowała Pani w szkole z dwiema córkami, z których jedna została potem wokalistką jazzową. Jaką funkcję obecnie pełnią w szkołach?

Jak już wspominałam, młodsza córka - Antonina pracuje w szkole jako jej dyrektor. Jest motorem szkoły, wciąż aktywna, trzymająca rękę na pulsie. Dzięki niej mogę zwolnić obroty. Wiem, że poradzi sobie ze szkołą. Starsza - Agnieszka, przez wiele lat łączyła pracę nauczyciela z karierą wokalistki jazzowej. Kiedy mogła już utrzymać się ze śpiewania, przestała uczyć, ale nadal śpiewa na naszych szkolnych płytach i uczestniczy w projektach Early Stage. Dzięki niej i związanym z nią muzykom możemy poszczycić się naprawdę wysokim poziomem muzycznym tego, co tworzymy.

Czy Early Stage pozostanie firmą rodzinną?

Tak, z pewnością nią pozostanie. To część naszego życia. Mamy poczucie, że bez Early Stage nasze życie byłoby mniej ekscytujące i ciekawe. Uważam, że jeśli tylko dzieci i rodziców łączą wspólne pasje, to rodzinna firma jest doskonałym pomysłem na biznes. Szkoły języków obcych należą do bardzo konkurencyjnego segmentu usług edukacyjnych.

Czy Pani zdaniem rynek jest już dojrzały, w jakim kierunku będzie się rozwijał?

Uważam, że przed nami era ścisłej specjalizacji. Już widzę, że szkoły, które nie mają jeszcze mocnej pozycji na rynku, poszukują swojej tożsamości, zmieniając profil. Proponują dodatkowe kursy, naukę indywidualną, wyjazdy zagraniczne, naukę dodatkowych języków poza angielskim. To dobrze, bo im większa będzie różnorodność w ofertach szkół, tym lepiej będzie się powodzić ich właścicielom.

Mimo to wciąż powstają nowe szkoły, które konkurują głównie ceną. Zajęcia w Early Stage nie należą do najtańszych. Nie obawia się Pani tej walki cenowej?

Nie, nie obawiam się. Gdyby ta walka na ceny odbywała się kilka lat temu byłabym zaniepokojona. Ludzie lubią wiedzieć za co płacą. O ile wydanie większej sumy na jednorazowy zakup stroju, czy nawet jakiejś pojedynczej usługi nie jest dla większości ludzi problemem, to zobowiązanie się do płacenia przez rok szkolny za naukę dziecka musi być przemyślaną decyzją. Rodzice naszych uczniów nam ufają. Widzimy to po wzroście zainteresowania szkołą. Wszędzie dobra edukacja kosztuje i ludzie są tego świadomi. To, co oferujemy naszym uczniom to solidnie przemyślany program. Rodzice doceniają, że płacą za konkretną, wysoką jakość.

Myślała Pani o tym, aby poszerzyć ofertę szkoły o inne języki obce?

Nie, nie biorę tego pod uwagę. Natomiast wyobrażam sobie, że nasz koncept mógłby zadziałać również w kontekście innego języka, gdyby znalazła się osoba z wizją, która chciałaby spróbować swoich sił w tworzeniu szkoły.

Dwadzieścia lat w jednym miejscu pracy to dla niektórych wieczność. Czy udało się Pani uniknąć wypalenia zawodowego, czy pojawiały się momenty zwątpienia?

Nigdy nie czułam się wypalona. Bywałam zmęczona, czasem bardzo, ale nigdy wypalona czy wątpiąca w sens tego, co robię. Udało mi się tego uniknąć dlatego, że zawsze miałam całkowitą swobodę w tym, co robiłam. Mogłam marzyć i marzenia realizować. Fascynowały mnie zawsze osoby, które spotykałam na swojej drodze życiowej. Miałam wyjątkowe szczęście, bo spotykałam ludzi, z którymi mogłam swoje marzenia realizować. Tego życzę wszystkim zakładającym firmy. Samemu nie udaje się unieść ciężaru, jakim jest duża firma. Ale wspólnymi siłami można naprawdę dużo. Na tym polega też idea franczyzy. Czerpiemy od siebie nawzajem.

Gdyby miała Pani możliwość cofnąć się o te 21 lat, wybrałaby Pani tę samą ścieżkę rozwoju?

Tak, poszłabym tą samą drogą.

Czy pozostaje coś jeszcze do spełnienia?

Nie wiadomo, co nas czeka. Trzeba być otwartym na wiele scenariuszy. Kapitał, który zgromadziliśmy przez 22 lata w postaci wszystkiego, co stworzyliśmy dla naszych uczniów to coś, z czego mogą czerpać inni. Mamy kilka pomysłów jak to wykorzystać, ale na razie nie chcę o tym mówić.

Rozmawiała Irina Nowochatko-Kowalczyk

Pin It
Oceń: 1 1 1 1 1 1 1 1 1 1
INK

Najnowsze franczyzy

Szkolenia

DLA FRANCZYZODAWCÓW

ZARZĄDZANIE SIECIĄ FRANCZYZOWĄ - 16.11.2017

ROZWÓJ FIRMY POPRZEZ FRANCZYZĘ - 23.11.2017

DLA KANDYDATÓW NA FRANCZYZOBIORCÓW

FRANCZYZA - SPOSÓB NA WŁASNY BIZNES - 29.11.2017

SONDA - MIEJ WŁASNE ZDANIE!

Na co zwracasz uwagę w pierwszej kolejności w ofercie współpracy franczyzowej?

42.1%
27.4%
14.7%
5.3%
9.5%