Biznesy gwiazd sportu

Autor: Redakcja
Data dodania: 29 czerwca 2016
Kategoria:
Foto: pixabay.com
Aż 78% zawodników ligi NFL w ciągu dwóch lat po zakończeniu kariery po prostu bankrutuje.

Ponad połowa gwiazd sportu, które przechodzą na emeryturę, ogłasza bankructwo. Są jednak i tacy, którzy umieją sobie radzić z pieniędzmi i skutecznie pomnażają majątek.  Im większe zarobki, tym większa pokusa do ich trwonienia oraz brak świadomości pieniądza. Liga NFL (futbol amerykański) jest tego najlepszym dowodem. Aż 78% zawodników w ciągu dwóch lat po zakończeniu kariery po prostu bankrutuje. W NBA ten odsetek jest niewiele niższy – 60%.

Myślicie, że to domena bogatej i rozpieszczonej Ameryki? Premier Leauge, czyli najwyższa angielska liga piłki nożnej ma taki sam odsetek emerytowanych bankrutów, co NBA. A zarabiają średnio ponad 30 tysięcy funtów. Tygodniowo. Na nasze – 160 tys. zł. Tygodniowo. 

Przypomnijmy sobie też ilu polskich piłkarzy bieduje – co jakiś czas docierają do nich tabloidy czy reporterzy telewizyjni. Gwiazda sportu, igrzyska, zagraniczne ligi, duże zarobki, dziś renta i klitka na blokowisku. 

Średni, przeciętny kontrakt w NBA to powyżej 5 mln dolarów za sezon, w NFL i NHL (hokej) – ok. 2 mln. Prawdopodobnym rekordzistą świata wśród sportowych utracjuszy jest chyba Mike Tyson. W trakcie kariery udało mu się wydać w kompletnie niekontrolowany sposób około 400 mln dolarów. W sumie mógłby za te pieniądze zbudować kilka odcinków metra wraz ze stacjami. Miesięcznie potrafił przepuścić nawet pół miliona zielonych.

Allen Iverson, gracz NBA przeputał 200 mln dolarów. To jednak rzadki przypadek przypadkowej zaradności. Jego doradca inwestycyjny chyba przewidział co Iverson może zrobić z pieniędzmi i założył mu specjalne konto. Jest na nim zdeponowane ponad 30 mln dolarów, do których koszykarz nie ma pełnego dostępu do ukończenia 55 roku życia. Dostaje z niego milion rocznie.

Lista bankrutów jest długa, omal nie znalazł się na niej również Kamil Grosicki, który otwarcie przyznaje się do uzależnienia od hazardu. Udało mu się jednak wyjść z nałogu – co i nas, kibiców, cieszy.

STARA SZKOŁA

Część ludzi uznaje rajdowców czy kierowców za takich nie do końca pełnoprawnych sportowców. W końcu co to jest, siedzisz wygodnie i kręcisz kółkiem. Nic bardziej mylnego - kierowca rajdowy czy wyścigowy musi mieć żelazną kondycję, kocią zwinność i refleks żmii. To wymaga tysięcy przejechanych kilometrów, uprawiania wszelkich możliwych sportów.

Podobnie było z Sobiesławem Zasadą. Urodził się w roku 1930, jako nastolatek został harcerzem, w Bielsku założył pierwszą w kraju sportową drużynę. Lista sportów, które trenował jest długa. Wywalczył tytuł wicemistrza Polski juniorów w tenisie  stołowym. Jako harcerz wygrał zawody w biegu na 100 m, skok w dal i rzut oszczepem. Z powodzeniem trenował jednocześnie pięciobój, zaczął jeździć w rajdach swoim BMW 320. W roku 1952 z  ówczesną narzeczoną (później żoną) Ewą na prawym fotelu, wystartował w rajdzie Ojców-Kraków. I wygrał w cuglach.

Czy właśnie dlatego wybrał rajdy? Nie, podczas jazdy na nartach złamał nogę. Sprawa była bardzo poważna, mówiło się nawet o amputacji. Cóż, oszczep wrócił na ścianę, a Sobek związał się na dobre i złe z rajdami. Trzykrotny mistrz i trzykrotny wicemistrz Europy w rajdach, zwycięzca w prawie 150 imprezach. W zasadzie do dziś jeździ jeszcze w Rajdzie Żubrów, ba! - przywozi kolejne trofea. Aha, jakiś czas temu - już zdecydowanie po 80-tce - startował w regatach, uwielbia żeglować.

Sobiesław Zasada równie dobrze radził sobie w biznesie. W 1977 założył w Krakowie firmę polonijną „Alpha”, produkującą zamki błyskawiczne. Pracował dla Porsche, ale najbardziej znane są jego związki z Mercedesem - do roku 1996 był jego generalnym przedstawicielem w Polsce. Potem zajął się produkcją ciężarówek i autobusów. Dziś Grupa Zasada zrzesza kilkadziesiąt spółek, zajmujących się głównie motoryzacją, produkcją i nieruchomościami. A pan Sobiesław jest człowiekiem ciągle aktywnym, znanym ze swojej otwartości i sympatii dla ludzi. Dziś kierowcy w całej Polsce pozdrawiają się życząc sobie „szerokiej drogi” - chyba już domyślacie się, kto wymyślił tę frazę?

NIERUCHOMOŚCI ZAWSZE W CENIE

Swoistą modą wśród polskich piłkarzy jeszcze kilka – kilkanaście lat temu było niemal hurtowe kupowanie mieszkań. W nieruchomości inwestował na przykład Zbigniew Boniek – do dziś jest właścicielem atrakcyjnych apartamentów we Włoszech. Tę branżę polubił również Marek Koźmiński, który inwestował większość zarobionych pieniędzy. Przez kilka lat był właścicielem Eurostar Real Estate – poważnej firmy obracającej nieruchomościami w Polsce i we Włoszech. Niestety, zdaje się, że popadł w finansowe tarapaty. Ten sektor znalazł również uznanie u Cezarego Kucharskiego, do dziś ma sporo nieruchomości, ale największe pieniądze zarabia jako agent sportowy. Prowadzi karierę Roberta Lewandowskiego i w zasadzie nie musiałby się zajmować już niczym innym.

A nasz czołowy napastnik również jest biznesmenem. Oczywiście najwięcej zarabia na boisku – prawdopodobnie ok. 10 - 12 mln euro rocznie. Do tego dochodzą reklamy. W roku 2014 zarobki Lewego oszacowano na ponad 100 mln złotych. Mógłby więc na dobrą sprawę leżeć do góry brzuchem przez całą emeryturę, ale nie. Stawia poważne kroki w biznesie. Z jednej strony został udziałowcem firmy deweloperskiej, budującej w Warszawie osiedle mieszkaniowe i biurowiec. Z drugiej wszedł w nowoczesne technologie jako inwestor w funduszu Protos. Ma w portfelu 12 projektów internetowych, z których wszystkie działają – co w branży startupowej jest raczej ewenementem, niż codziennością.

Trzeba przyznać, że finansowe wejście Lewandowskiego w młode biznesy narobiło sporo szumu, aczkolwiek nie są to projekty przełomowe bądź wybitnie innowacyjne. Najbardziej znane są chyba Kekemeke – program lojalnościowy przeznaczony dla niedużych raczej, lokalnych firm oraz Allani.pl. W tym drugim serwisie użytkowniczki prezentują swoje modowe stylizacje. Raczej nie będzie to tak poszukiwany przez polskich inwestorów „drugi Skype”. Sam Robert Lewandowski jest raczej typem inwestora, przynajmniej na razie, na aktywność biznesową będzie miał czas po zakończeniu kariery.

Inwestorem jest również Andrzej Gołota (rocznik 1968). Można go lubić lub nie, ale to jeden z najlepszych i najbardziej znanych polskich pięściarzy. Walczył w ringu przez 3 dekady. Stoczył 52 walki z czego 41 wygrał, 9 przegrał, raz zremisował a pojedynek z Mikem Tysonem został uznany za nieodbyty. Ma też brązowy medal olimpijski z Seulu z 1988 roku - z igrzysk, na które nie pojechał Dariusz Michalczewski – o nim za chwilę. Choć mówiło się, że Andrzej Gołota w Stanach ma firmę, to jednak typ spokojnego, zrównoważonego inwestora. Większość swojego majątku ulokował w nieruchomościach i funduszach inwestycyjnych. Nie jest wilkiem z Wall Street, ale udało mu się uniknąć kłopotów w kryzysie w 2008 roku.

Jeśli mówimy o branży nieruchomości, to największy sukces odniósł w niej Roger Staubach. Razem ze swoją drużyną NFL - Dallas Cowboys dwukrotnie zdobył Super Bowl. Ale w latach 70. – kiedy zawodnicy nie zarabiali tak kosmicznych pieniędzy, jak dziś. Jednocześnie grał i pracował jako agent nieruchomości. Wyspecjalizował się w rynku komercyjnym i robił to na tyle dobrze, że w roku 2008 jego firmę (Staubach Company) za 613 mln dolarów kupił jeden z globalnych liderów tej branży – Jones Lang Lasalle. Sam Roger wzbogacił się o ok. 100 mln dolarów, ale nie dał za wygraną i niedługo potem objął stery amerykańskiego oddziału JLL, zarabiając kilkanaście milionów rocznie.

Różnych biznesów ima się też Przemysław Saleta. Niestety nie ma za wiele szczęścia. Na początku nowego tysiąclecia otworzył wraz ze wspólnikami pub Winners, w miejscu magicznym dla polskiego boksu - w warszawskiej Hali Mirowskiej. W roku 1953 odbyły się w niej mistrzostwa Europy, a nasi pięściarze zdobyli w nich 5 złotych medali. Tyle że dziś Hala Mirowska i jej okolice to miejsce gdzie kupuje się świeże warzywa, owoce i tym podobne wiktuały. A kupujący - w dużej mierze emeryci - nie pamiętają o bokserskiej historii tego miejsca i nie mieli też ochoty na rozrywki. Biznes padł. Saleta miał też kilka klubów fitness. Prowadzi wykłady motywacyjne, występuje w reklamach. Ostatnio stwierdził, że przeprowadza się do Tajlandii - sprowokowała go sytuacja polityczna po ostatnich wyborach.

Młodsze pokolenia kojarzą Zenona Jaskułę jako pana z telewizji, który często komentuje kolarskie wyczyny Rafała Majki i Michała Kwiatkowskiego. Ale to ich kolega po fachu – Jaskuła jako pierwszy i do niedawna jedyny Polak wygrał jeden z etapów Tour de France i zajął trzecie miejsce w generalce. Był rok 1993, a po kraju krążył następujący dowcip: serialowy porucznik Borewicz zostawia na ulicy rower z przyczepioną karteczką „Kradzież zbyteczna - Borewicz”. Po powrocie zastaje samą kartkę z napisem „Pościg zbyteczny - Zenon Jaskuła”. Dopiero teraz podobne dowcipy można opowiadać o Majce. Jego łupem w 2014 roku padły dwa etapy i klasyfikacja górska TdF.

Zenon Jaskuła zaczynał jeszcze jako amator, dopiero w połowie kariery miał możliwość zarabiania na sporcie. I wykorzystał tę szansę. Po zakończeniu kariery w 1997 roku (decyzję przyspieszył wypadek – trenującego kolarza potrącił kierowca samochodu) zajął się biznesem. Początek wydawał się dość łatwy. Do Polski chciała wejść włoska grupa budowlana Mapei, sponsorująca wiele wydarzeń kolarskich. Jaskuła wydawał się idealnym partnerem. Niestety, skończyło się szybko na wzajemnych oskarżeniach, pozwach i egzekucjach. Wydawało się, że Jaskuła pójdzie na dno, ale jak na górskim etapie – pocisnął mocniej na pedały i został w biznesie. Jego firma zajmowała się hurtowym handlem, głównie materiałami budowlanymi. W 2015 roku została wykreślona z KRS.

ROZRYWKA I GASTRONOMIA

To branże, w które inwestuje wielu naszych rodzimych piłkarzy. Biznesowym weteranem jest Tomasz Iwan, który wykupił pół Zakopanego. To może lekka przesada, ale ma w tym mieście pensjonat, restaurację i dyskotekę. Jest też współwłaścicielem nieźle prosperującej agencji eventowej.

Kuba Błaszczykowski i Jerzy Brzęczek otworzyli w Opolu Centrum Rozrywki Kubatura. Znajduje się w nim dyskoteka, przestrzeń konferencyjna, kawiarnia i kręgielnia. Aha – no i oczywiście pub sportowy. To biznes rodzinny, bo Jerzy Brzęczek to nie tylko były reprezentant Polski w piłce kopanej, ale i wujek Błaszczykowskiego.
Własną restaurację w Koszalinie otworzył Sebastian Mila. Nazywa się Zorza Cassino. Piłkarz ambitnie podszedł do tematu, osobiście zaangażował się w remont, otwarcie i prowadzenie firmy. Podobnie zrobił Karol Bielecki. W sumie wydawało się, że po wypadku z okiem, będzie i tak musiał przejść na sportową emeryturę, ale okazało się, że nasz szczypiornista oszukał przeznaczenie. Mało kto jednak wie, że Bielecki bardzo lubi jeść dobre rzeczy. Postanowił dzielić się swoją pasją i otworzył w Kielcach restaurację Solna 12. Jest elegancko, smacznie, z lekką nutką dekadencji.

PRZEWOZY – NIE TYLKO DLA SIŁACZY

Jerzy Dudek, określany niegdyś jako najlepiej opłacany kibic Realu Madryt, pracuje w branży transportowej. To nie żart - jest współwłaścicielem firmy Alwina-Trans Dudek & Salwa i kilku nowoczesnych ciężarówek oraz hali magazynowej.

W branży transportowej spełnia się też Mariusz Pudzianowski. Pamiętacie jak kijem bejsbolowym wygrażał nielegalnym imigrantom? Stało się to po tym, jak zniszczyli towar w jednej z jego ciężarówek. A firma Pudziana ma ich kilkanaście i jeździ z towarami po całej Europie. Jest też oficjalnym partnerem Mercedesa. W sumie to nawet fajne, że facet, który dał się poznać jako ktoś, kto przeciąga ciężarówki siłą własnych mięśni, zainwestował właśnie w taki biznes. Niegdyś siłacz, dziś zawodnik MMA ma też salę bankietową w rodzinnej Białej Rawskiej. Ale to nie wszystko – jednym ze starszych i okrzepłych biznesów Pudziana jest Szkoła Ochrony Fizycznej „Pudzian Academy”. Sam zawodnik i celebryta pracował kiedyś w patrolu interwencyjnym ochrony.

SPORT NA EMERYTURZE

Spora grupa sportowców działa biznesowo w obrębie sportu, który uprawiają. Dzięki temu przejście na emeryturę nie jest bolesne, to raczej zmiana proporcji między sportem a pracą. Jagna Marczułajtis ma szkółkę snowboardowo-narciarską. Maja Włoszczowska pomaga swojej mamie w prowadzeniu firmy produkującej i sprzedającej odzież sportową dla wyczynowców.

Daleko od sportu nie odszedł Mateusz Kusznierewicz, który organizuje kursy, rejsy i obozy żeglarskie dla dzieci i dorosłych. Żeglarz ma też sporo ofert na prowadzenie wykładów motywacyjnych i spotkań. W końcu nie zapominajmy, że to mistrz olimpijski. Niedawno we współpracy z T-Mobile wypuścił na rynek Zoom.Me – czyli cyfrową ramkę na zdjęcia, do której zdalnie można wysyłać fotki z telefonu. Produkt nie jest może rewolucją technologiczną, ale podbudowany solidną porcją marketingu – wzbudził zainteresowanie.

Dawny chodziarz Robert Korzeniowski jest członkiem zarządów PZLA i PKOL oraz przewodniczącym Rad Fundacji Sportowa Polska i Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Prowadzi szkolenia w zakresie ścieżki rozwoju kariery opierając się na doświadczeniu zdobytym tak w świecie sportu, jak i działalności biznesowej, a ponadto rozwija działalność doradczą w zakresie PR i marketingu sportowego.

Krzysztof Hołowczyc, mistrz Polski i Europy, wielokrotny uczestnik Dakaru, już od ponad 20 lat ma firmę zajmującą się organizacją wydarzeń i imprez motoryzacyjnych. Są to zarówno szkolenia, jak i typowe rozrywki. Od 2010 roku szefuje też Supercars Club. Płacąc pewien, dość wysoki, abonament możemy współużytkować wraz z innymi klubowiczami wiele samochodów. I nie są to popularne kompakty, tylko auta pozostające w sferze marzeń większości z nas: Aston Martin, Ferrari, Lamborghini, Porsche, sportowe Mercedesy i BMW, Bentley’e.

Świetnym przykładem sportowca, który związał się na dobre i złe ze swoją dyscypliną jest Robert Złotkowski. To wielokrotny mistrz Polski w kickboxingu, mistrz Europy i świata. Stoczył też 15 zawodowych walk bokserskich, 13 z nich wygrywając. - Po zakończeniu kariery nie poszedłem w jedną stronę - prowadziłem różne biznesy, zresztą do dziś pracuję z żoną, która ma studio jogi - mówi Robert.

Ale dziś jest świetnym, zdobywającym coraz większy szacunek i uznanie trenerem bokserów i zawodników sportów walki. To on przygotowywał Przemysława Saletę do ostatniego w karierze pojedynku, w którym (w szóstej rundzie) znokautował Andrzeja Gołotę.

- Wiele osób namawiało mnie, żebym zaczął na serio prowadzić zajęcia. Miałem odpowiednią formę, wiedzę, solidne przygotowanie, studia na AWF-ie. Chciałem też upuścić trochę złej krwi ze środowiska trenerów. Chodzi o to, że po uwolnieniu zawodów praktycznie każdy mógł zostać instruktorem, utworzyć grupę i uczyć młodzież. Rodzice przyprowadzają swoje dzieciaki, wydaje im się, że do profesjonalisty, bo prowadzi fajne zajęcia. Tymczasem część z nich nie ma odpowiednich podstaw. Ja znam metodykę nauczania, mam doświadczenie trenerskie - chciałem, żeby młodzież edukowała się u kogoś, kto wie co robi. Poza tym mam sporo sukcesów na koncie, jestem więc też dla nich autorytetem. Przemek Saleta przyszedł do mnie jak do kolegi, kiedyś razem trenowaliśmy, po to, bym pomógł mu przygotować się do walki z Gołotą. Jak zawodowiec do zawodowca. Niby wszyscy wiedzą o co chodzi, ale każdy potrzebuje kogoś, kto zwróci uwagę na pewne aspekty i da mocne wsparcie, swego rodzaju bat nad głową, by nie odpuszczać w żadnym momencie treningu. Chciał, żebym świeżym okiem zerknął na jego poczynania, solidnie przepracowaliśmy cały obóz przygotowawczy. Saleta uwielbia ciężką pracę na treningach, wszystko poszło dobrze, efekt wszyscy widzieliśmy. Po tej współpracy posypały się kolejne propozycje - opowiada Robert Złotkowski.

Kolejnym sukcesem było przygotowanie Mariusza Pudzianowskiego do pojedynku MMA z Rollesem Gracie i wynik tej walki - Pudzian znokautował przeciwnika w pierwszych sekundach. Ale Robert nie pracuje tylko z najbardziej znanymi wojownikami, na liście „jego” zawodników są Krzysiek Kułak, Antek Chmielewski, Marcin Górski, Rafał Jackiewicz, Ewa Brodnicka czy wiecznie uśmiechnięty Izu Ugonow. - Cieszy mnie to, że świetni polscy zawodnicy mówią - o, wcale nie muszę jechać za ocean, żeby przygotować się do walki, żeby dobrze trenować. Na świecie wszystko ewoluuje, również trening, obejmuje różne, nowe metody. Starzy trenerzy często zamykają się w szufladce z napisem „polska szkoła boksu”. Moja żona prowadzi szkołę jogi - przychodził do niej Przemek przed walką, zresztą wszystkich zawodników namawiam do praktykowania jogi. Są bardziej odporni na kontuzje, wytrzymali, świetnie rozciągnięci - mówi Robert.

- Moja praca? To jest coś fajnego, coś co daje mi cholerną satysfakcję. Jestem wśród młodych zawodników, którzy walczą, wyszukuję dla nich fajnych partnerów, by toczyli pojedynki, mogli się dalej rozwijać. Staram się im pomagać. Jestem cały czas w sporcie, i to mocno - nie każdemu to się udaje. Znajomi często się śmieją, kiedy oglądają jakąś walkę bokserską, galę KSW czy FEN. Mówią - o, Robert jest, tu też, tam jest. Cieszy mnie też to, że moi zawodnicy osiągają sukcesy. Wiadomo, że nie zawsze się wygrywa, ale można też przegrać w dobrym stylu - podsumowuje Złotkowski.

MULTIINSTRUMENTALISTA

Osobną kategorię w kategorii „sport i biznes” powinniśmy stworzyć dla Dariusza Michalczewskiego. Tiger aż 23 razy bronił tytułu mistrza świata, a był nim przez 9 lat. Bez przerwy! To nie wszystko – nikt nie zdołał go pokonać przez długie 12 lat, a stoczył w tym czasie 48 walk. Z wykształcenia jest stolarzem - tapicerem. Karierę zaczął w Polsce, ale w wieku 20 lat po prostu nie wrócił do Polski z zawodów w RFN. Był rok 1998, Polski Związek Bokserski dożywotnio go zdyskwalifikował.

A trzeba zauważyć, że Michalczewski nie uciekł do Niemiec z jakiejś strasznej biedy. Dla pieniędzy przeniósł się ze Stoczniowca Gdańsk do Czarnych Słupsk – dostał 5 etatów, wartburga i mieszkanie. Kiedy zaczęły się cięcia i zamiast pięciu pensji miał dostawać tylko dwie – został w Niemczech, stracił szanse na udział w igrzyskach olimpijskich w Seulu w 1988 roku.

Ale czy jest czego żałować? Co prawda walczył pod niemiecką flagą, ale zawsze był Polakiem i w roku 2002 wrócił do reprezentowania naszych barw. Tiger ma głowę do interesów, choć o swoje musi czasem walczyć w sądzie. Sygnowany jego pseudonimem Tiger Energy Drink był produkowany przez Food Care, obecnie wadowicki Maspex. Michalczewski zarabia na tym mnóstwo pieniędzy, choć w rzeczywistości odbiorcą czeków za napój jest fundacja „Równe Szanse”. Wszystko zaczęło się od tego, że Wiesław Włodarski, szef Food Care postanowił zdetronizować Red Bulla na polskim rynku. Uznał, że Czerwonego Byka pokona Tygrys – Michalczewski „dał napojowi twarz”, podpis na puszce i zaangażowanie w kampanię reklamową w zamian za 1,5% przychodów ze sprzedaży.

Po jakimś czasie napój energetyczny Tiger stał się numerem 1 na naszym rynku, a Michalczewski postanowił przekierować rzekę pieniędzy do swojej fundacji mającej wyrównywać szanse młodych sportowców z małych miejscowości. Niektórzy – w tym jedna z byłych żon pięściarza – uważali, że to sposób na ukrycie majątku. Trudno jednak nie zauważyć, że skoro FoodCare uznał, że nie będzie płacił, to fundacja po prostu nie otrzymywała należnych jej pieniędzy. Potwierdziły to wyroki sądów – Włodarski przegrał procesy z Michalczewskim i musi mu zapłacić wagon pieniędzy – 15 mln zł. Warto zauważyć, że toczy się jeszcze jedna sprawa. Tiger pozwał FoodCare na 22 mln zł za bezprawne wykorzystywanie wizerunku i ma spore szanse wygrać.

W zasadzie dzięki pieniądzom wyniesionym z ringu i zarabianymi na promocjach i wizerunku, Dariusz Michalczewski mógłby nie pracować. Ale uruchamia różne biznesy. Kiedyś wymyślił sieć Tiger Pubów – miejskich knajp z kanapami w tygrysie paski. Nie był to strzał w dziesiątkę, udziały sprzedał, sieć zniknęła. Potem przyszedł czas na Tiger Investment, firmę obracającą nieruchomościami. Nie bawiło go to, więc… tak, sprzedał udziały. Ten biznes prowadził z grupą przyjaciół i nadal z nimi współpracuje, choćby przy budowie sieci fitness klubów Tiger Gym. Na Pomorzu działa ich już 7. Michalczewski nie spoczywa na laurach i ostatnio wymyślił kolejny biznes z tygrysimi paskami – Tiger Speed. Ponoć siedział na swoim ranczu na Kaszubach i nie mógl skorzystać z internetu. Zamiast kupić sobie interent satelitarny, założył firmę, która go oferuje. Nawiązał współpracę z Eutelsatem i dystrybuuje urządzenia do odbioru wraz z abonamentem. Te pierwsze kosztują od 799 do 1699 zł, abonament zaś od 79 do 349 zł miesięcznie. W najdroższej opcji urządzenie do odbioru jest za darmo.

ZDROWY PIĘŚCIARZ

Przykładem boksera, który świetnie radzi sobie w życiu jest George Foreman. Na ringu stoczył 81 walk, wygrał 76, z czego 68 przez nokaut. Walczył jeszcze w wieku 45 i to skutecznie – jednym ciosem znokautował Michaela Moorera. Został też pastorem. Foreman zawsze lubił zdrowo się odżywiać, więc zaprojektował specjalny grill redukujący ilość tłuszczu w potrawach. Co więcej – sprzedał 100 milionów sztuk i zarobił na tym jakieś 200 mln dolarów. Dziś jest wesołym starszym panem z dziesiątką dobrze ustawionych dzieci. Co ciekawe – pięciu swoim synom dał na imię George. Dowcipniś.

Co ciekawe – w biznes dietetyczny zainwestował również Artur Szpilka, raczej niezbyt lubiany przez wspomnianego wcześniej Dariusza Michalczewskiego. Chociaż trudno w tej chwili powiedzieć co łączy go z firmą Lily on diet. Szpilka na Facebooku poinformował: „Jak wiecie ruszyłem niedawno z firmą cateringową, która podbiła już całą Łódź , teraz czas na Warszawę 😉 Dzięki za zaufanie ... JESTEŚMY, DZIAŁAMY, ROZWIJAMY SIĘ ! Obserwujcie stronę „Lily on diet”, gdzie będziemy umieszczać informację kiedy ruszamy z cateringiem w Warszawie. Posiłki są zróżnicowane, co jest bardzo istotne, codziennie jest komponowane nowe menu ze świeżych, zdrowych składników. ZAWSZE TEN SAM - Szpila !” (cytat dosłowny, data 26 kwietnia 2016). Sęk w tym, że firma rozwija się od połowy roku 2015 roku, a Artura Szpilki nie ma w jej władzach w KRS-ie. Jest to więc raczej współpraca reklamowa, chociaż nie da się wykluczyć, że Szpilka wykupił jakieś udziały. Lily on diet rozwijała się pierwotnie w aglomeracji łódzkiej, od połowy 2016 roku weszła na trudny, warszawski rynek.

Czy sportowcy dobrze sobie radzą w biznesie? Trudno powiedzieć. Raczej niewielu udało się stworzyć dużą firmę, przynajmniej nie w Polsce. Czasem działa to w drugą stronę – Michał Sołowow, jeden z najbogatszych Polaków, właściciel m.in. Barlinka, Rovese czy Echo Investments dopiero sporo po 40-tce rozpoczął karierę rajdową. I to z powodzeniem – kilka razy zdobył tytuł wicemistrza Polski i Europy w rajdach samochodowych.

Podobnie Rafał Sonik, którego większość ludzi kojarzy jako zarośniętego gościa, który jeździ na quadach. Ale na czterokołowca wsiadł niemal przypadkiem, jako poważny biznesmen, zarządzający galeriami handlowymi i budujący je. Już mając pieniądze zaczął seryjnie wygrywać rajdy terenowe, w tym legendarny Dakar. Jest więc naprawdę niewielu ludzi dobrze radzących sobie w obu dziedzinach.

Dołącz do newslettera

Pozostałe artykuły - Raporty

Data dodania: 28 maja 2021
Franczyza - do usług
Data dodania: 25 marca 2021
Pośrednictwo finansowe wciąż daje zarobić
Data dodania: 19 marca 2021
Sieciówki nie poddają się w obliczu kryzysu
Data dodania: 20 stycznia 2021
Franczyzy odporne na kryzys

zobacz więcej

Data dodania: 27 lipca 2021
Laptop jest niezbędny dla każdego przedsiębiorcy
Data dodania: 27 lipca 2021
Firma na Facebooku
Data dodania: 26 lipca 2021
Eurocash zamyka nierentowne sklepy Delikatesy Centrum
Data dodania: 24 lipca 2021
Pomysły na biznes
Copyright © 2007-2021 ARSS. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Opieka nad stroną: Lembicz.pl
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram